moje-lektury blog

Twój nowy blog

„Kuzyn Malahide Court był ubrany cały na czarno. Tak mogłaby wyglądać jej hebanowa laska z gałką z kości słoniowej, gdyby puszczona z ręki pochyliła się w ukłonie nad jej pierścionkami. Cerę miał akurat jak ta pożółkła stara kość słoniowa, błyszczące oczy, powieki ciężkie, podbródek śpiczasty, nos mocno sklepiony, zdobiący jego wąską twarz wywijasami szerokich nozdrzy.
- To dopiero niespodzianka – powiedziała Adelina. – Cieszę się, że cię widzę i że bezpośrednio będę miała wiadomości o rodzinie. – Jeszcze raz popatrzyła na niego i zapytała: – Jesteś w żałobie?
- Tak. – Dłoń, z której zdjął rękawiczkę, przyłożył do krawata i zsunął na kamizelkę. – Po mojej utraconej młodości. – To była dłoń jak z obrazów starych mistrzów.
Adelina wolała przyjąć, że on żartuje. Roześmiała się, nieomal szczeknęła. Zbudziło to jej papugę, Boneya, drzemiącego na grzędzie za parawanikiem, przy kominku. Wspinając się wyjrzał zza parawanika i bluznął potokiem przekleństw w języku hindi.
- Szajtan! Szajtan ke bete! Szajtan ke bucza! Pejekaz! Pejekaz! Dżeb katz!
Po tej tyradzie zakrakał śmiechem.
- To moja papuga – powiedziała Adelina z dumą. – Sama ja uczyłam. Ręczę, że ani słowa z tego nie zrozumiałeś.
Malahide Court nie tylko zrozumiał, ale obrzucił papugę innymi przekleństwami hinduskimi, aż Adelina zapatrzyła się w niego, pełna podziwu.
Boney zaczął się miotać w paroksyzmie wściekłości. Skrzecząc z furią, trzepotał skrzydłami, frunąłby prosto w twarz obcego przybysza, gdyby go nie trzymał cieniutki łańcuszek u nóżki.”

„Podniósł z wysiłkiem głowę, jakby dźwigał niebotyczny dzban. Miał przed oczyma rozmazaną twarz Wacława.
- Co? Co tak patrzysz na mnie? Mszę odprawiłem, dopiero potem… Cały miesiąc nie piłem, tak jak chciałeś. Wiem, że jestem świnia. Nie prosiłem cię o litość. Nie patrz się tak! Cały miesiąc nie piłem! Zapytaj Piotra.
Groser odwrócił się gwałtownie i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił, trzymając w ręce JB z połową zawartości.
- Nie piłeś? Należy ci się order! Wyobraź sobie, że my z proboszczem też nie/ jemu może to było wszystko jedno, ale ja cholernie chciałem się napić. Miałem ochotę i miałem powód, i miałem to w ręce. – Wacław potrząsał butelką. – Odstawiłem, bo pomyślałem o tobie, że może poczujesz, jak ktoś o tobie myśli.
- To błąd, trzeba było wypić.
Groser spojrzał mu prosto w oczy.
- Nie patrz tak! Mam w dupie twoją ofiarę! – wrzasnął Leszek.
Z oczu Wacława potoczyły się łzy. Odwrócił się ku wyjściu. Nie zdążył zamknąć drzwi, gdy rozległ się telefon. Odetchnął parę razy głęboko i podszedł do aparatu stojącego na końcu korytarza. Podniósł słuchawkę.
- Halo…
- Dzwonię, żeby zapytać, jak nasz kuracjusz – wlał mu się do ucha wesoły głos Cybuli.
- Nie mogłeś wybrać gorszej pory.
Zaległa kłopotliwa cisza.
- Co jest? – spytał Piotr.
- Kuracjusz nadrobił miesięczne zaległości, a na mnie zwymiotował…
- Co? – jęknął głos po drugiej stronie słuchawki.
- No nie dosłownie, ale chyba bym wolał – odparł Groser, zerkając w kierunku drzwi Leszka. – Słuchaj, Piotrek, nie mam już siły. Ciągnę sam ten wózek. Proboszcz w szpitalu, ja kryję tego biedaczka, a on ma to gdzieś.
- Wacek, rozumiem, ale to normalka. Widać, że on za siebie nie może. To choroba. Dobra, towar jest na gwarancji. Jutro mam interes w mieście, wezmę go z powrotem. Za tydzień będzie u mnie zjazd AA. On z tego nie wyjdzie o własnych siłach. Najlepiej mu pomoże Jarek, sam przeżył to piekło. Wacuś, Wacuś, słyszysz? Trzymaj się. Wyciągniemy go.
- Nie wiem… – Groserowi głos się załamał – może trzeba go zawieźć na oddział. Nie wiem, ile w siebie wlał.
- Jest przytomny?
- Inaczej by mi nie dowalił.
- To nieźle. Daj mu na razie litr wody z cytryną i listek witaminy B. To go powinno odtruć. Jakby co, to dzwoń. Jutro jestem.
Na szczęście Leszka nie trzeba było przekonywać. Kiwnął potakująco głową na wieść o wyjeździe do Kołomorza. Wolałby przeżywać najgorsze katusze, niż patrzeć Groserowi w oczy.”

„Filip wprowadził doktora Ramsaya do saloniku i pobiegł na górę po Mary i dzieci. Na drugiej kondygnacji schodów zatrzymał się nasłuchując.
- Meggie! – zawołał niegłośno.
Powyżej panowała cisza. Wszedł na drugie piętro i zajrzał do pokoju dziecinnego. Nie było tam nikogo. Podszedł do drzwi pokoju guwernantki i zapukał.
- Panno Wakefield?
- Tak? – odezwała się natychmiast, ale drzwi nie otworzyła.
- Niech pani posłucha. Mój teść jest tutaj i chce panią poznać. To zatwardziały konwencjonalista, jeśli chodzi o noszenie żałoby i takie rzeczy. Może by pani znalazła jakąś ciemną suknię, żeby mu się w niej pokazać!? Głupio mi zawracać pani tym głowę, ale pani wie, jacy są Szkoci. Chyba powinniśmy zrobić na nim dobre wrażenie, no nie?
Swym konspiracyjnym tonem postawił Mary w stan radosnej gotowości. Powiedziała:
- Bardzo dziękuję, że pan mi to mówił. Gdyby pan zechciał chwilę zaczekać, pokażę panu, co mam.
W Londynie Mary wiodła przy ojcu życie w atmosferze zgoła niekonwencjonalnej. Jeszcze wkładając szlafrok, uchyliła drzwi, po czym stanęła przed Filipem z granatową spódnicą i białą bluzką w rękach. Prawie nie widział tych części garderoby. Jego oczy przyciągała perłowa biel przedramienia i szyi dziewczyny, dekolt w szpic ukazujący trochę piersi.
- Wspaniale – powiedział. – Więc włoży to pani i zaraz zejdzie na dół, dobrze?
Nie lepiej potrafił odnosić się do niej jak do guwernantki niż ona potrafiła, jak guwernantka się zachowywać. Uradowana parsknęła śmiechem.
- Zejdę, zanim pan doliczy do dziesięciu – obiecała.
Odwracając się Filip omal nie wpadł na panią Nettleship, która niosła stertę świeżo upranej bielizny dzieci. Wyraz twarzy gospodyni dziwnie łączył w sobie zgorszenie i triumf wobec potwierdzenia jej najgorszych podejrzeń. Chociaż korytarz wcale nie był taki wąski, wymyślnym ruchem odsunęła się pod ścianę, żeby Filip przeszedł.”

„- Gdzie jest to pióro z kości słoniowej?! – ryknął Filip z biblioteki. – Widział je kto?
Na szczycie schodów Ernest zachichotał i prędko zatkał sobie usta dłonią. Czekał, żeby odezwała się matka. Doczekał się.
- Twoje pióro z kości słoniowej, Filipie? – zawołała. – To najlepsze?
- Wiesz doskonale – ryknął ojciec – że z kości słoniowej mam tylko jedno pióro! Pytam, kto je wziął!
- Może dałeś je komuś. – Adelina mrugnęła do dzieci.
- Pytam, gdzie ono jest! – wrzasnął. Stał teraz u podnóża schodów. – Nie byłbym takim głupcem, żeby je dać komukolwiek!
- Może pani Sinclair je zabrała.
- Miałem je wczoraj! Wziął je ktoś w domu i ja szczerze temu komuś współczuję! – Wznosząc oczy ku gromadce na szczycie schodów, utkwił wzrok w Erneście.
- Coś ci powiem. – Głos Adeliny był pełen słodyczy. – Zejdziemy tam i pomożemy ci szukać. Chodźmy, dzieci.
Zmaszerowali ze schodów. W hallu Adelina zapytała Filipa:
- Nie podejrzewasz, że może Nero je złapał? Że po prostu uznał je za kość i zjadł?
- Nero w żadnym razie nie wziąłby nic z mojego sekretarzyka.
Pies, wylegujący się na niedźwiedziej skórze, łypnął oczami niewinnie. Ziewnął szeroko, jak gdyby chciał pokazać, że żadne szczątki kości słoniowej nie przylgnęły mu do zębów. Nigdy – dał tym do zrozumienia – nie pozwoliłby sobie na wtykanie państwu błędów, ale musi przecież się bronić.
Ernest przykucnął i zajrzał Neronowi w pysk, rozdziawiony następnym ziewnięciem.
- Ani śladu pióra – stwierdził.
Mikołaj też przykucnął przed Neronem.
- Gdyby je gryzł, na pewno by sobie do krwi pokaleczył język – rzekł logicznie.
Nero przewrócił się na grzbiet, wyraźnie gotów poddać się dalszym oględzinom.
- Poczuł się dotknięty – zauważyła Augusta.
- On nie wziął – powiedział Filip. – Ale ktoś grzebał w moich rzeczach i ja wykryję, kto to.
Zaczęli przeszukiwać pokój. Augusta, dziewczynka w wieku, w którym się krytykuje rodziców, pomyślała z niesmakiem: I na co im takie komedie? Obojętnie, wcale nie szukając pióra, bo widziała je w pokoju Ernesta, rozglądała się po kątach. Dla Mikołaja to była wspaniała zabawa. Otwierał szuflady i przeglądał ich zawartość.
- Coś mi przyszło na myśl – powiedział nagle Filip.
- Rzeczywiście? – zapytała Gussie. Zapytała tylko przez uprzejmość, Filipowi jednak to pytanie się nie spodobało. Wybałuszył oczy.
- Czy to takie szczególne, że coś mi przyszło na myśl?
- Zależy, co – zastrzegła, ale widząc wyraz jego twarzy lekko zadrżała.
- Mnie częściej niż tacie przychodzi coś na myśl – powiedział Ernest.
- Jeszcze jedno słowo – zagroził mu ojciec – a położę cię na kolano. – Zwrócił się do Adeliny: – Wiesz, myślę, że to Boney ukradł mi pióro!
W wyśmienitym humorze Adelina ruszyła pierwsza do małżeńskiej sypialni. Boney w klatce zwisał ze swojej huśtawki do góry nogami. Spojrzał na Filipa wrogo.
- Nie cierpię kapitana Whiteoaka – zaskrzeczał.
- Nie cierpisz, właśnie – powiedział Filip. – Ty stary diable, i dlatego ukradłeś mi pióro.
Wszyscy znów zabrali się do szukania, podczas gdy Boney nadal zwisając do góry nogami, rechotał urągliwie. Na toaletce Adeliny Ernest znalazł karmelek w papierku. Schował go do kieszeni.
W końcu Filip powiedział:
- Nie mogę już marnować czasu. Muszę pisać moim starym piórem. Jedno jest pewne. Nie pozwolę, żeby było więcej ptaków w tym domu – Majestatycznie wyszedł. Za progiem odwrócił się. – Obiecuję nagrodę, jeżeli któreś z was, dzieci, znajdzie to pióro.
- Masz teraz możliwość – powiedziała Adelina Ernestowi – dostać w nagrodę coś ładnego.”

„W małej, zatęchłej komórce bez okna stał stolik i dwa krzesła. Na jednym z nich siedziała Ewelina. Na jego widok podniosła się. Widać było, że nic nie może powiedzieć. Uśmiechnął się do niej, a potem wyciągnął ramiona. Przypadli do siebie, trwając tak długą chwilę. Posadził ją wreszcie na krześle, sam usiadł naprzeciw. Wyciągnął do niej przez stolik ręce. Ewelina zaczęła je nagle całować. Usiłował się uwolnić.
– Ewelina, daj spokój! – rzekł ostro.
- Przepraszam cię, przepraszam – załkała.
- Nie masz mnie za co przepraszać. I nie o to tu chodzi. Trzeba teraz pomyśleć, co będziesz robiła w czasie mojej odsiadki.
Spojrzała na niego oczyma zalanymi łzami.
- Ty nie będziesz siedział! Musimy tylko stąd wyjechać.
- Skąd te rewelacje?
- Byłam u Walczaka.
Zapadła cisza. A więc po raz drugi jego życiowe sprawy rozwiązują się z łaski wybrańców nowej władzy. Śmieszne. A nawet żałosne.
- A jak sobie poradzisz bez swojej cegielni?
- Co tam cegielnia! – wybuchnęła. –Gdybym wiedziała, że dla mojej zachcianki sprzedajesz dolary, że się tak strasznie narażasz… Po co to robiłeś?
- Wszyscy to robią, to są jedyne realne pieniądze na rynku. Złotówka jest śmieciem. Niestety, Polską zawsze rządził dolar. I w dwudziestoleciu, i w czasie okupacji, także teraz.
- A ja myślałam, że trzymasz złotówki w banku…
- Dopiero bym się naraził, jakbym sumę, z której się nie mogę wyliczyć, włożył do banku. Tu nie Szwajcaria, kochanie. Tu jest Polska Rzeczpospolita Ludowa, zwracam ci uwagę na ostatni człon tej nazwy.
Ewelina smętnie zwiesiła głowę.
- Czyli zaczynamy od zera – powiedział.”

„W tydzień później szła Miodową z ręką na temblaku, a raczej wlokła się w poczuciu, że po raz kolejny jej życie osiadło na mieliźnie. Nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Od dyrektora RSW „Prasa” dostała pisemne wymówienie:

W związku z zawieszeniem tygodnika „Po prostu” zmuszenie jesteśmy wypowiedzieć Obywatelce umowę o pracę na okres trzech miesięcy. Termin rozwiązania stosunku służbowego z dniem 31 stycznie 1958 roku.

Tadeusz zaproponował jej, aby pisała felietony do „Łowca”.
- Felietony o zwierzątkach? Nie jestem taką psychiczną emerytką jak ty! – wybuchnęła. – Chcę robić coś pożytecznego dla tego kraju! Dla ciebie to jest jakiś skansen. A ja czuje się, mimo wszystko, z nim związana! W innym razie, co warte jest moje życie, po co mam w ogóle żyć?
- Może po to, że ja chcę, abyś żyła – odrzekł spokojnie.
Ewelina ze znużeniem opadła na fotel.
- Przepraszam – bąknęła.
Mijała właśnie bramę Szkoły Muzycznej, kiedy wybiegły z niej dwie dziewczynki, niższa trzymała w ręku futerał na skrzypce. Pewnie nie zwróciłaby na nie większej uwagi, gdyby nie usłyszała nagle, jak jedna z nich mówi:
- Zuzia! Nie leć tak…
Ewelina przystanęła na chodniku, a potem energicznie zawróciła, doganiając dziewczynki. Spojrzały na nią zaskoczone, ale ona nie musiała pytać, która z nich ma na imię Zuzanna. Oto miała przed sobą córkę brata. To były te same niebieskie oczy, ten sam mały, odrobinę za krótki nos. Włosy, związane z tyłu tasiemką, jasną chmurą opadały na plecy.
- Masz na imię Zuzanna – powiedziała Ewelina, starając się pokonać podchodzące do gardła wzruszenie.
- Tak, Zuzanna Walczak.
Nie – pomyślała Ewelina. – Zuzanna Lechicka, ale jeszcze o tym nie wiesz… „

„Na początku marca czterdziestego drugiego roku Ewelina bez uprzedzenia przywiozła do Lechic kilku zbiegłych z niewoli angielskich lotników. Suzanne w żaden sposób nie mogła się z nimi porozumieć, mówili tylko po angielsku, a ona tego języka nie znała.
- Na miłość boską! – powiedziała do siostrzenicy. – Przecież to szaleństwo…
- Większym szaleństwem byłoby ukrywanie ich w Warszawie, zwracają na siebie uwagę.
- A tutaj, myślisz, nie?
- Powie się, że to sezonowi robotnicy, jak się przebiorą w robocze ubrania, nie będą się tak rzucali w oczy.
- Zapewniam cię, że dopiero wtedy będzie wiadomo, że to przebranie. Popatrz na ich twarze, z daleka widać, że są cudzoziemcami. Rozszyfruje ich pierwszy lepszy policjant. Wystarczy, że im zada jakieś pytanie.
- Oj, to powie ciocia, że są głuchoniemi… Teraz tacy różni odmieńcy wynajmują się do roboty.
- Ewelinko – Suzanne załamała ręce. – Co ty wygadujesz! Narażasz Lechice i narażasz Jasia!
- Wiem, że Jasio zawsze był dla cioci najważniejszy, ale nie ma go tutaj, siedzi w Warszawie. Powiedziałam mu, żeby w najbliższą niedzielę nie przyjeżdżał, bo ciocia oszaleje ze strachu. W poniedziałek ktoś się po nich zgłosi, więc to tylko trzy dni.
- Trzy dni – powiedziała Suzanne ze zgrozą. – A oni chociaż wiedzą, że mają nie wystawiać nosa z oficyny?
- Wytłumaczy im to ciocia na migi.”

„Podszedł do nich dyrektor lokalu.
- Ja bardzo przepraszam, to jakieś nieporozumienie, policja do mnie?
- Zatrudnia pan nieletnią Ewelinę Lechicką – odrzekł komisarz. – Jej prawna opiekunka złożyła skargę.
- Ależ szanowna pani – zwrócił się do Suzanne wystraszony mężczyzna. – Ja… nie wiedziałem… panna Ewelina wygląda tak dorośle, podawała się za…
- Gdzie jest moja siostrzenica? – przerwała mu Suzanne.
Dyrektor wskazał jakieś drzwi, Suzanne energicznie ujęła za klamkę i wkroczyła do garderoby.
Ewelina przygotowywała się do występu, miała na sobie dość skąpy strój, krótka spódniczka odsłaniała wysoko nogi. Na widok Suzanne odkleiła rzęsę i wyglądało to, jakby miała jedno oko mniejsze.
- Gdyby twoja matka wiedziała – zaczęła ostro Suzanne.
- Nie mam nikogo. Należę do siebie!
- Na razie masz jednak mnie – wybuchnęła. – Jestem twoją prawną opiekunką, ubieraj się, idziemy!
- Muszę się przebrać.
- Przebierzesz się w domu. Sama zmyję ci te farby z twarzy. – Narzuciła Ewelinie płaszcz na kusy kostium i popchnęła ją w stronę drzwi.
- Wychodzimy!
Siostrzenica rozejrzała się, jakby sprawdzając, którędy tu uciec, ale Suzanne mocno ujęła ją pod ramię.
Wsiadły do dorożki.
- Proszę na dworzec – zadysponowała Suzanne. – Tego jeszcze w naszej rodzinie nie było. Żeby upaść tak nisko!
- Rodzina! Same panny i wdowy – odcięła się Ewelina. – Ja przynajmniej wyszłam za mąż…
- Jak to – wyszłaś za mąż?
- Wzięłam ślub w kościele Świętej Anny na Krakowskim – wyciągnęła z torebki jakiś papier i podała jej. Suzanne włożyła okulary i zobaczyła, że to metryka ślubna.”

„Do Lechic zjechała najstarsza siostra matki Karoliny, czyli ciotka Edwarda, tak zresztą do Eweliny niepodobna. Niższa od niej o głowę, miała nieproporcjonalnie duży biust, jakby ukrywała coś za pazuchą. Karolinie zawsze się wydawało, że zza dekoltu ciotki wyskoczy jakieś zwierzątko, zając albo małe jagnię. Z latami ciotka robiła się bardziej okrągła, więc jakby mniejsza. Miała raczej męskie rysy, a górną wargę pokrywał jej czarny zarost.
Z pewnością w ostatniej chwili zaszła jakaś pomyłka i zamiast chłopca, na świat przyszła ciotka Edwarda. Ochmistrzyni mawiała nawet, że te dwie siostry są jak ogień i woda. Ale może właśnie dlatego były do siebie bardzo przywiązane. Kiedy powstanie upadło, konferowały gorączkowo, co zrobić, aby uchronić pałac i majątek przed konfiskatą. Karolina nie była oczywiście dopuszczana do tych rozmów, ale coś się jej obijało o uszy. Powtarzały się słowa: scheda, dokument dzielczy, część ojcowizny…
A chodziło o to, aby udowodnić, że Cyprian Lechicki nie miał i nie ma do majątku żony żadnych praw, a Lechice są własnością ciotki Edwardy. W rzeczywistości było nieco inaczej. Ciotka Edwarda przeniosła się do włości swojego męża, generała Drukczennego, który zamknął oczy tuż przed powstaniem, a więc nie był o nic podejrzany, i została spłacona przez Ewelinę. Majątek, poważnie zadłużony, uratowały pieniądze Cypriana. Kto wie, czy powodem małżeństwa Eweliny z Cyprianem nie był wyłącznie ów dług ciążący na Lechicach.
Teraz ciotka miała oko na wszystko, a w pierwszym rzędzie na Karolinę. Wrócił z aresztu mąż Mani, Henryk, o którym ciotka Edwarda nie była najlepszego zdania. Uważała, że jest lekkomyślny, ogląda się za kobietami i nie ma odpowiedniego stosunku do życia, skoro zdecydował się zostać malarzem.
- Malarz – mówiła pogardliwie. – Malarzem był Rembrandt, Michał Anioł… Ale o Henryku Dębickim nie słyszałam.”


„Gdy Serenity znikał w szczękach ogromnego krokodyla, przez jego głowę przebiegły trzy ostatnie obrazy: rozkładający się bawół pełen dziur, z których wypełzały nitki larw i wylatywały roje much; jego długoletnia kochanka, ciotka jego zaginionej żony – oraz tajemnicza kobieta, która, gdy był dzieckiem, uleczyła go z opętania przez duże kobiety.
Tych parę osób, które w młodości znały mojego ojca i żyły jeszcze, gdy byłem mały, przypominało sobie, że do siódmego roku życia podbiegał niemal do każdej przechodzącej dużej kobiety i miękkim, drżącym od wyczekiwania głosem mówił: „Witaj w domu, mamusiu. Tak długo cię nie było, że bałem się, że już nigdy nie wrócisz”. Zaskoczona kobieta uśmiechała się wtedy, głaskała go po główce i patrzyła, jak zaciska rączki, a potem wyjaśniała mu, że znowu się pomylił.
Kobiety z zagrody jego ojca próbowały go tego oduczyć; straszyły go – co potwierdzają niektórzy mieszkańcy wsi – mówiąc, że kiedyś podbiegnie do przebranego za dużą kobietę ducha, który zabierze go ze sobą i wsadzi do głębokiej dziury pod ziemią. Równie dobrze mogły próbować doić wodę z kamienia, bo ojciec mój, jak zwykle, z upartym wyrazem twarzy nadal Pędził w kierunku dużych kobiet i raz za razem doznawał rozczarowarna.
Aż w południe pewnego gorącego dnia 1940 roku podbiegł do kobiety, która się nie uśmiechnęła i nie pogłaskała go po główce. Nie rzuciwszy mu nawet jednego spojrzenia, złapała go za ramiona i odepchnęła od siebie. Ta tajemnicza uzdrowicielka, która uwolniła go od jego obsesji, zdobyła tym sobie raz na zawsze miejsce w jego życiu. Nigdy więcej nie podbiegał już do dużych kobiet i nie chciał o tym rozmawiać, nawet wtedy, gdy Babcia, jedyna jego ciotka ze strony ojca, obiecywała mu słodycze. Zamknął się w grubym kokonie i odrzucał wszelkie próby pocieszenia. Najego twarzy pojawiła się życzliwa, samotnicza obojętność, tak zdecydowana, że nadano mu imię Serenity, choć mieszkańcy wsi nazywali go „Sere”, co jak na ironię oznacza również roślinkę z czarnymi kolcami, występującą w zapuszczonych ogrodach lub zaroślach i czepiającą się ubrań oraz zwierzęcych boków.
Matka Sere, kobieta, która w jego myślach przyjęła postać wszystkich tych obcych kobiet, pozostawiła go swemu losowi, gdy miał trzy lata; mówiło się, że poszła do odległych sklepów na drugim końcu Mpande Hill, gdzie robiono większe zakupy, i nigdy nie wróciła. Zostawiła też dwie dziewczynki, obie starsze od Sere, które z wielką pokorą pogodziły się zjej nieobecnością i nie mogły znieść opętańczego zainteresowania brata dużymi kobietami.
W idealnej sytuacji Sere powinien był się urodzić jako pierwszy, bo wszyscy mieli nadzieję, że Dziadek będzie mieć wnuka, przyszłego przywódcę okręgu. Ale na świat przychodziły tylko dziewczynki, z czego dwie umarły zaraz po urodzeniu, w okolicznościach, które trąciły matczyną rozpaczą. Kiedy urodził się Sere, jego matka postanowiła odejść, ponieważ wszyscy oczekiwali od niej, że wyda na świat jeszcze jednego syna – jako rezerwę, bo jeden syn jest jak świeca wobec nagłego powiewu wiatru.”


  • RSS