moje-lektury blog

Twój nowy blog

„Trudno byłoby o bardziej przytulny pokój dla dwóch bardzo leciwych panów. W kominku jasno płonęły brzozowe polana zmieniające się powoli w żarzące się czerwone kształty. Wyglądały teraz jeszcze masywnie, ale już za chwilę gotowe były się rozpaść. Wkrótce trzeba będzie dorzucić nowych drewien. W zniszczonym koszu obok kominka było ich dużo. Promienie lutowego słońca połyskiwały na soplach lodu za oknem, a odgłos nieustannie spadających z nich na parapet kropli wody komponował się w przyjemną melodię. Zbliżał się czas podwieczorku.
Dwaj starzy bracia, Mikołaj i Ernest Whiteoakowie już czekali. Podwieczorek był ich ulubionym posiłkiem. Mikołaj spoglądał niecierpliwie na zegar z brązu na półce kominka.
- Która godzina? – spytał.
- Piętnaście po czwartej.
- Hm. Zastanawiam się, gdzie się wszyscy podziewają?
- Też się zastanawiam.
- Zima powoli ustępuje wiośnie.
- Tak, mamy dzisiaj dzień świętego Walentego.
- Ja dostałem życzenia z tej okazji.
Z dywanu przed kominkiem, gdzie leżał z książką w ręku wnuk ich brata, Dennis, doszedł ich dźwięczny głosik.
- Masz więc życzenia! – wykrzyknął Ernest. – czy wiesz, kto ci je przysłał?
- Nie. To sekretna przesyłka. Myślę jednak, że to Adelina.”

„Lisią farmę wynajęto nowym dzierżawcom. Renny odnowił domek, odmalował wewnątrz i z zewnątrz. Ponieważ nie można było wynająć robotników, podjęli się tego Wakefield i Finch. Zrobili to z humorem, żartując i podśpiewując sobie podczas zmiennej wiosennej pogody. Jednego niedzielnego popołudnia Alina i Renny poszli przypatrzeć się dziełu.
- Ładnie wygląda? – rzekł.
- Bardzo. Wspaniale, żeś wynajął ludziom, którzy dobrze zapłacą.
- Tak, tak – przytaknął i stanęły mu w głowie twarze poprzednich lokatorek.
- Może będą dla mnie bardziej sympatyczni niż te trzy siostry.
- I ja tak myślę; na pewno ich polubisz.
Chodzili po pokojach.
- Bardzo miły domek – oznajmiła. – Co by było, gdybyśmy tak my zamieszkali tu oboje…
Odwrócił się do niej zaskoczony: – Chciałabyś?
- A co ty myślisz?
- Opuściłabyś Jalnę, dzieci, starych wujów, wszystkich?
- Miałabym ciebie.
Spojrzał na nią z oddaniem. – Tak mówisz do mnie po wszystkim, co kiedykolwiek przecierpiałaś przeze mnie.
Objął ją ramieniem i przywarł twarzą do jej włosów.
W ogródku znaleźli delikatny, różowy kwiat. – Jaka późna wiosna! – powiedziała. – To pierwszy kwiat, jaki zobaczyłam. Myślałam, że w tym roku kwiaty nie będą miały odwagi otworzyć się do słońca…”

„Przy końcu czerwca Sara powiedziała Finchowi, że spodziewa się dziecka. Finch był zaskoczony. Nigdy się z tym nie liczył. Był przekonany, że posiadanie dzieci przeciwne było naturze ich obojga. Nie mógł wyobrazić sobie siebie w roli ojca, jakkolwiek więcej interesował się dziećmi i bardziej był dla nich tkliwy niż Piers. A przecież Piers wydawał się być stworzony na doskonałego ojca. Tak samo nie mógł wyobrazić sobie Sary jako matki. Jego zdaniem po prostu nie mogła być matką. Była tylko kryształowym naczyniem namiętności. Macierzyństwo musiałoby je potłuc na kawałki. Chodził po pokoju zmieszany, przestraszony niemal.
- Jesteś tego pewna?
- Tak. Doktor stwierdził nieomylnie.
- A kiedy to – ma się stać?
- W grudniu.
- W grudniu! – wykrzyknął, jak gdyby to był jakiś miesiąc przeznaczenia.
Zaśmiała się.
- To będzie prezent na Gwiazdkę dla ciebie.
- Dalibóg!
- Nie cieszysz się?
- A ty?
- Nie uświadamiam sobie jeszcze tego. Śmieszne, przez cały tydzień chowałam ten sekret przed tobą.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
- Chciałam wszystko przemyśleć.
- Kiedy mówisz, że jeszcze sobie tego nie uświadamiasz.
- Tak, czuję się jak gdyby nową osobą.
- Ułożyłaś jakiś plan? – Ton jego głosu był prawie bezosobowy.
- Pozostawiłam to tobie. – W jej wąskich, zielonkawych oczach błysnęła złośliwość.”

„Alma obudziła Adelinę, gdy było jeszcze ciemno. Dziewczynka nie wiedziała, czy to wieczór, czy rano, i przeraziła się niemal wielkiego cienia Almy, rysującego się na suficie. Bez żadnych wstępów Alma wyciągnęła ją, rozgrzaną jeszcze snem, z ciepłego łóżeczka. Mała zwisała bezwładnie w rękach Almy, niby śpiące szczenię.
- Obudź się! Mój Boże, co za śpioch! Chciałabym być na twoim miejscu. Pojedziesz dzisiaj pociągiem.
- Dokąd? – Oczy Adeliny otworzyły się szeroko.
- Do Nowego Jorku, zobaczyć się z mamusią.
- Ja też! Ja też chcę zobaczyć moją mamusię – zawołała Roma. Zapomniała już francuskiego i szczebiotała teraz swobodnie po angielsku.
- Nie możesz – powiedziała Alma. – Twojej mamusi nie ma w Nowym Jorku.
- A gdzie jest?
- Nie wiem.
- Ale ja muszę też pojechać.
- Leż spokojnie w twoim ciepłym łóżeczku i bądź grzeczną dziewczynką. Mam dosyć roboty i bez ciebie.
Alma była niesłychanie podniecona. Wstała tego ranka o piątej i uprasowała rzeczy, które uprała przed pójściem spać. Poprzyszywała guziki, wyczyściła małe buciki. Cała walizka była już wypakowana rzeczami Adeliny.”

„Renny zbliża się do niej od strony wąwozu z wyrazem zadowolenia w oczach. On również cieszy się, myśli Alina, że jesteśmy nareszcie sami, we dwoje. Nic nie powinno zakłócić tych chwil. Teraz osiągniemy najwyższe wzajemne zrozumienie. Teraz nieporozumienia dzielące nas odlecą, niby te ptaki na górze.
Renny niesie gałąź pokrytą czerwonymi jagodami.
- Co to jest? – pyta Alina, wychodząc mu naprzeciw.
Ale on odrzuca gałąź i nie pozwala się jej dotknąć.
- Powalałabyś sobie suknię – mówi.
Alina uśmiecha się do niego.
- Jesteśmy sami – mówi. – Czy możesz w to uwierzyć? Czy jesteś zadowolony?
Renny nieśmiało dotyka palcami jej policzka.
- Jak ładnie dziś wyglądasz. A co to takiego masz na sobie?
- Peplum. Znów wchodzą teraz w modę. Obecnie modne są staroświeckie rzeczy… Niedługo przyjdzie kolej na szczęście małżeńskie.
Z krzaków wypada Adelina, wbiega między nich i chwyta za ręce. Patrzą na nią z dumą, a potem uśmiechają się, spoglądając sobie w oczy.”

„Mikołaj i Ernest pili razem popołudniową herbatę w pokoju Ernesta. Ernest miał wrażenie, że mu grozi przeziębienie i obawiał się przeciągów w hallu. Kazał więc podać podwieczorek do swojego pokoju i zaproponował Mikołajowi, żeby mu dotrzymywał towarzystwa. Siedzieli przy kominku, w którym palił się ogień. Między innymi stał stolik z zastawą do herbaty. U stóp Ernesta leżał nieodłączny kot, u stóp Mikołaja drzemał jamnik. Bracia rozmawiali o swoich ulubieńcach.
- Jest bez humoru – zauważył Mikołaj, spoglądając na Nipa – wcale nie służył.
Ernest spojrzał krytycznie na pieska.
- Za mało ruchu używa. Nie puszczasz go od siebie. Tyje, jest niemrawy. A tycie jest najgorsze dla jamników. Ile ma lat?
- Siedem. To najpiękniejszy wiek dla jamników. Wcale nie uważam, żeby był gruby. Leżał bokiem i dlatego robi wrażenie grubego.
- To jest brak ruchu – upierał się Ernest – spójrz na Saszę. Ma czternaście lat. Jest zwinna i lekka. Całe godziny spędza poza domem. Nie dalej jak wczoraj przyniosła ze stajni mysz, którą się potem bawiła.
Schylił się i pogładził jedwabistą sierść kota.
Mikołaj odparł bez entuzjazmu:
- To jest właśnie takie nieprzyjemne w kotach: za myszą pójdą na koniec świata i miewają okropne romanse.
- Sasza nie miewa okropnych romansów – obraził się Ernest.
- A ten jej ostatni kociak?
- Nie było w tym nic okropnego.
- Owszem. Okociła się w twoim łóżku.”

„Lady Buckley odłożyła pierścienie, bransolety, broszkę i złoty łańcuch. Zdjęła czarną, atłasową suknię, jedwabną halkę i teraz w białym kaftaniku i krótkiej, białej spódnicy szczotkowała wciąż jeszcze bujne włosy. Nawet tak przyodziana nie traciła nić ze swej godności. Spoglądała na własne odbicie w zwierciadle ze zwykła miną, na wpół zadowoloną, na wpół obrażoną. Nigdy nie miała ładnej cery – a teraz była pocętkowana i żółtawa; jej oczy posiadały specyficzną, szklaną matowość, tak mocno kontrastującą z wyrazistością i ogniem spojrzenia matki. Ale rysy twarzy były doskonałe. Jej nos – nos Courtów, lecz zmodyfikowany i bardziej odpowiedni – uważała – dla lady, wdowy po angielskim baronecie. Zaczęła myśleć o swoim mężu…
Jej rodzice i bracia uważali, że jest taki nieciekawy i bez znaczenia, z tymi swoimi bladymi baczkami, łagodnymi oczami i drobną postacią! A także seplenił trochę. Przypominała sobie jeszcze teraz dźwięk jego głosu, gdy ją wołał „Augusta”. Lecz co to był za charakter! Nie tracił nigdy panowania nad sobą, bez względu na to, co się mogło stać. I nic nie wprawiało go w zdziwienia. Nawet po otrzymaniu wiadomości z Anglii, iż dwa nagłe zgony w rodzinie dały mu tytuł baroneta, i oprócz tego wspaniały dom oraz wielkie dochody, nie okazał żadnego zdumienia. Przeczytał zaledwie kablogram i zauważył: „Powinnaś zabrać się zaraz do pakowania naszych rzeczy, lady Buckley. Wracamy do domu”. Boże, jakie to na niej zrobiło wrażenie, wtedy gdy powiedział „lady Buckley” obojętnym tonem, bez najmniejszego przygotowania. Nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Zawsze myślała z wielkim zadowolenie, że nie uczyniła ani jednego, ani drugiego, lecz odrzekła z niewzruszoną godnością: „Będziesz musiał kazać uszyć sobie nowe, flanelowe ubranie na podróż, sir Edwinie…” Lady Buckley, jak to irytowało zawsze matkę. I jak niegrzeczne było z jej strony, że przez zazdrość udawała, iż w ogóle nie pamięta nazwiska córki… Gdyby jej matka nie była z Courtów, uważałaby to po prostu za brak wychowania. Ale wszyscy Courtowie byli tacy. Mikołaj również. Taki arogant. Wydawało mu się zawsze, że on i ta jego okropna żona, Millicent – zajmowali wybitniejsze stanowiska w życiu towarzyskim Anglii od niej i jej męża.”

„Samochód jechał wolno krętą drogą ku domowi. Aleja wjazdowa gęsto zadrzewiona drzewami balsamowymi, tworzyła ciemnozielony szpaler zawsze chłodny i wilgotny. Wiewiórki skakało z gałęzi na gałąź, zakręcając swoje śmieszne, puszyste ogonki, podobne do znaków zapytania. Od czasu do czasu wypadał z zarośli zając. Wóz jechał tak wolno, iż nie płoszył nawet ćwierkającego ptactwa.
Piers czuł się zupełnie jak chłopak, który zamiast do szkoły poszedł na wagary, a teraz wracał do domu. Przypomniał sobie, jak zdarzyła mu się podobna historia z lat szkolnych, jak przyłapał go Renny i jak został ukarany… Poruszył się niepewnie na siedzeniu na samo wspomnienie. Fezant siedziała wyprostowana z rękami na kolanach. Gdy samochód zatrzymał się pod szerokimi schodami prowadzącymi na ganek, z krzaków wyłoniła się drobna postać. Był to Wake, trzymający w jednej ręce wędkę, a w drugiej rybę na haczyku.
- Jesteście już – zawołał, podchodząc do samochodu – otrzymaliśmy waszą depeszę. Witajcie w Jalnie.
Wyciągnął do Fezant swoją małą i bardzo brudną rękę.
- Nie dotykaj go, Fezant – ostrzegł Piers – strasznie go czuć.
Wakefield przyjął tę uwagę pogodnie.
- Ja osobiście lubię zapach ryby – zwrócił się do Fezant – i zapomniałem, że niektórym osobom ten zapach jest niemiły. A na przykład Piers lubi zapach nawozu, bo ma z nim stale do czynienia. Przyzwyczaił się do niego. Babka mówiła, że gdy ktoś się przyzwyczai…
- Dosyć! – rozkazał Piers – powiedz mi, gdzie jest rodzina?
- Nie mam pojęcia – odrzekł Wake uderzając rybą o drzwi samochodu – bo dzisiaj jest sobota i mam wolny dzień. Pani Wragge zapakowała mi kotlety, jajko na twardo, trochę sera i kawałek ciasta…
- Na miłość boską! – przerwał Piers – przestań gadać, przestań walić tą rybą o samochód i pobiegnij zobaczyć, co robią. Chciałbym, żebyś sprowadził tu Renny`ego.”

„Finch jadał posiłek w południe w szkole, do której codziennie jeździł pociągiem. Przez następny tydzień nie jadł mięsa, a jeśli podczas kolacji zostawiał je na talerzu, nikt jakoś tego nie zauważył. Jednakże w sobotę to była zupełnie inna historia. Było jeszcze ciepło i drzwi, i okna były otwarte.
Rodzinę, która zebrała się na obiad o pierwszej po południu powitał smakowity zapach pieczonej baraniny z miętowym sosem. Babcia podparta z dwóch stron na ramionach synów wciągała wspaniały zapach i dzielnie próbowała szybciej znaleźć się przy stole.
- Prędzej – odezwała się do Ernesta. – Nie jestem jeszcze setnikiem.
- Stulatką, mamo.
- Co to znaczy zatem „setnik”?
- W starożytności był dowódcą oddziału składającego się ze stu żołnierzy w armii rzymskiej.
Roześmiała się figlarnie. – No tak, nigdy nie dowodziłam setką mężczyzn. Nie całą setką, nie.
Mikołaj poklepał ją po plecach, kiedyś prostych i gibkich, a teraz zgiętych i sztywnych. Spojrzał na nią z podziwem.
- Niewątpliwie dowodziłaś nimi swego czasu, mamo, w trzech krajach.”

„Meg i babcia siedząc w saloniku oglądały zawartość pudła z ozdobami na choinkę. Było to wielkie pudło i niektóre ozdoby pochodziły z czasów dzieciństwa Meg i Renny`ego. Do tych pamiątek należał tłusty woskowy cherubin, po wielu Gwiazdkach raczej odrapany i bez nosa, ale drogi całej rodzinie. Wynurzyły się teraz z pudła jaskrawe rogi obfitości do napełnienia gwiazdkowymi słodyczami. I łańcuchy częściowo zmatowiałe, w blaski jednak świeczek co rok błyszczące jak nowe. Nikt z rodziny nie mógł, widząc pudło nie odczuwać pewnego podniecenia. Oznaczało, że Boże Narodzenia już jutro i dopełniane są ostatnie przedświąteczne obrządki.
Adelina wyciągnęła z plątaniny szychy srebrną rybkę, a Meg poślinionym rogiem chusteczki ścierała kurz z oblicza cherubina. Powietrze przesycał zapach choinki i gałązek świerkowych rozwieszonych nad obrazami na ścianach. Koszyk stojący na parapecie okna był pełen jeszcze nie otwartych gwiazdkowych życzeń nadesłanych pocztą.
- Bogu dzięki – powiedziała Meg – Renny przeszedł najgorsze chwile swego nieszczęścia przed Bożym Narodzeniem. Myślę, że w sumie on to zniósł nieźle, prawda babciu?
- Ale rzeczywiście strasznie się upił. Dla mnie to był szok.”


  • RSS