„– Tatatatata! Tatatataata! – Karabiny maszynowe na skrzydłach myśliwskiego samolotu zaterkotały wściekle i do talerza Michaliny Hart posypał się deszcz pocisków. Ściślej mówiąc, obfity deszcz pieprzu i soli.
Pieprzniczka i solniczka (w tym przypadku groźna broń) spoczywały w pewnych dłoniach Jasia Narębskiego, w cywilu dyrektora poważnej państwowej firmy o dużym znaczeniu dla gospodarki kraju, chwilowo pełniącego obowiązki pilota samolotu i jednocześnie strzelca pokładowego. Właściwie nie spoczywały, bo odkąd Jasio został myśliwcem, to jest od jakichś dziesięciu minut, nie dawał sobie ani chwili luzu. Kursował między stolikami i obfi cie ostrzeliwał kolejne cele, niezależnie czy były to porcje pikantnych sałatek, czy solidne kawały tortu orzechowego. Ponieważ o tej porze w sali gimnastycznej, zamienionej na bankietową, nie było już ani jednego trzeźwego, nikt Jasiowi specjalnie nie przeszkadzał, tylko właściciele tortu starali się usunąć talerzyki spod ostrzału solniczkowego. Pieprz w nazbyt słodkim kremie był nawet interesującym dodatkiem.
– Jasiek, zwariowałeś kompletnie! – Agnieszka Borowska, śmiejąc się, zamachała gwałtownie rękami. – Nie syp mi tego świństwa do oczu!
– Opp, przepraszam! Cele cywilne są dla nas święte!
– Jasio cmoknął ją w czubek głowy i hojnie sypnął soli do jej sałatki śledziowej. – Tatatata! Tylko wojskowe! Tatata! Jestem messerschmittem. Bombardującym! – zawiadomił koleżanki, posunął serią gdzie popadnie i wziął kurs na północny zachód, na stolik pod przeciwległym oknem, zajęty przez dawne ciało profesorskie i zarządy klasowe.

Cały ten nalot miał miejsce na powtórce ze studniówki, zorganizowanej przez cztery dawne klasy maturalne jednego ze szczecińskich liceów w dwudziestolecie tej pierwszej i zasadniczej.
Studniówka główna odbyła się w roku 1986 czyli „w stanie powojennym”, jak go nazywał szkolny historyk i była raczej ponura.
Dziewiętnaście lat później dawna gospodyni klasy „c”, Agnieszka Borowska, demon organizacji, a obecnie dyrektorka nowiutkiego prywatnego liceum spotkała przypadkowo w centrum zakupowym Krzysztofa Łosia, gospodarza klasy „a” – oboje bardzo ucieszeni, poszli na kawę i na tej kawie synchronicznie wpadli na pomysł zorganizowania ripleja ponurej studniówki. Zastanawiali się przez chwilę nad balem maturalnym, ale doszli do wniosku, że studniówka lepsza, bo w karnawale.
No i tym razem absolutnie nie ma prawa być smętna.
Co najmniej równie dobrą zabawą jak przewidywane balety, stały się comiesięczne posiedzenia komitetu organizacyjnego, w którego skład Agnieszka i Krzysztof powołali czołówkę intelektualno- -rozrywkową swojego rocznika. W rezultacie powstał plan balu, na który wstęp przysługiwał wyłącznie dawnym abiturientom, bez żadnych współmałżonków i innych osób postronnych, plus, oczywiście, wybranym osobom spośród ciała profesorskiego. Namiętne dyskusje wzbudził wybór miejsca balu: komitet podzielił się na zwolenników wypasionej knajpy (ostatecznie maturzyści dorośli i też się trochę wypaśli) oraz entuzjastów klimatycznej potańcówki w sali gimnastycznej z prowiantem przygotowanym przez troskliwe mamy.
Zwyciężył kompromis – prawdopodobnie z powodu braku entuzjazmu troskliwych mam co do przygotowania furażu. Posta- nowiono wykorzystać salę gimnastyczną – dla klimatu udekorowaną w stylu lat minionych, z portretem towarzysza Pierwszego Sekretarza włącznie – oraz zamówić profesjonalny catering. Klimat miała stworzyć Marylka Wąsik, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i ceniona scenografka teatralna. Szeroko pojętą wyżerkę wraz z wytworną zastawą i kelnerami obiecał załatwić Mirek Lipko, dyrektor orbisowskiego hotelu.
Oboje sprawili się znakomicie, podobnie jak cała reszta komitetu, odpowiedzialna za odnalezienie wszystkich absolwentów i ulubionych nauczycieli, pozbieranie pieniędzy i tak dalej.”