moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

„19 listopada 1988

Nadal jestem na lotnisku, ale się przeniosłem. Słyszę, jak otwierają się drzwi windy i prędko się chowam. Ukrywam się w jednym z korytarzy na dziesiątym piętrze hotelu. Gdyby ktoś wyszedł z jednej z trzech wind, które zjeżdżają na dół do hallu i poszedł korytarzem, który biegnie na wprost, znalazłby mnie. Tuż za pokojem 1035, przy końcu korytarza, jest nisza okienna, która wystaje z bocznej ściany hotelu. Jak się w niej stoi, ani ludzie z korytarza, ani z wind, kiedy otwierają się drzwi, nie widzą, że ktoś tam jest.
Dalej jest już tylko jeden pokój, więc bardzo niewiele osób tędy przechodzi, oprócz mężczyzny z pokoju 1036. A jeśli mężczyzna z pokoju 1036 przechodzi obok, to można wstać i wyglądać przez okno i udawać, że się patrzy na lądujący samolot, żeby nie nabrał podejrzeń, że się mieszka w nocy na korytarzu. Nisza okienna na dziesiątym piętrze to dobra kryjówka. Śpię tu już cztery noce. Za dnia dalej siedzę na Terminalu 1, ale nie powinienem tam nocować, więc jak robi się ciemno, wychodzę i wsiadam do autobusu.
Bezpłatne autobusy zabierają pasażerów z różnych terminali lotniska w wiele miejsc. Autobus nr 2 odjeżdża sprzed Terminalu 1 (naprzeciw wejścia nr 16 do hali odlotów) i jeździ na dworzec, skąd kolejka RER odjeżdża do Paryża. Przy stacji stoją trzy bardzo wysokie hotele. Przed tym najbliżej stacji są maszty, na których wiszą flagi różnych krajów z całego świata. Co noc przez ostatnie cztery noce wychodziłem z Terminalu 1 i łapałem autobus nr 2 do tego hotelu.
Przez pierwsze dwa wieczory, kiedy przyjeżdżałem do hotelu, schodziłem do podziemi, gdzie mają bar i restaurację. Siadałem przy stoliku, paliłem papierosa i zamawiałem kawę, żebym mógł spokojnie sobie posiedzieć. W barze pełno było ludzi czekających na swój lot z samego rana. W większości Francuzów, ale było też kilku Niemców, kilku Brytyjczyków i Amerykanie. Telewizor w rogu nastawiony był na francuski program publicystyczny, ludzie siedzieli w studio i rozmawiali o całunie turyńskim, czy jest prawdziwy, czy podrobiony i czyją twarz tak naprawdę przedstawia.
Barman dał mi zapałki, żebym mógł przypalać papierosa i siedziałem w barze aż do późna – zamykają dopiero o 2.00 w nocy. Ale sprzątali już i ustawiali krzesła na stołach, więc musiałem pójść. Poszedłem do recepcji, żeby poprosić o pokój. Miałem mało pieniędzy, ale kobieta z recepcji wcale ich ode mnie nie chciała.
– Przykro mi, nie mamy żadnych pokoi – powiedziała, kręcąc głową. – Proszę spróbować gdzie indziej.
Wydawało się, że bardzo chce pozbyć się mnie z hotelu i popatrzyła na jednego z mężczyzn pracujących w recepcji.
– Nie dostanę tu pokoju?
– Nie.”

„Żona Romana Cisa, pani dobrze po sześćdziesiątce, ale wciąż dbająca o wygląd, była osobą elegancką i uprzejmą. Koniecznie chciała zaprosić Adama na herbatę i ciasto, mimo że męża nie było w domu, bo przesiadywał, jak co piątek, w klubie Magnum na piwku, grając w brydża i przyglądając się bilardzistom. Kniewicz odmówił, najuprzejmiej jak potrafił, i kiedy tylko wyrwał się z objęć starszej pani, usiłującej powiadomić go o swoim niezwykle pozytywnym osądzie stylu prezentowanego przez pokolenie młodych dziennikarzy, takich jak on, pomknął na Rakowiecką, gdzie mieścił się wspomniany klub. Ucieczka nie była prosta, pani Cisowa bowiem, przedstawiając swoje racje, trzymała kurczowo Adama za ramiona tak długo i mocno, że zaczęły drętwieć. Wylewne podziękowania dały pewien efekt i w końcu Adam uwolnił swoje ręce, zbiegł po schodach, wsiadł do samochodu i pojechał pod wskazany adres.

Magnum, znany klub bilardowy, mieszczący się w okolicach budynków MSW, kiedyś niemal codziennie goszczący czołówkę polskich bilardzistów i brydżystów, ostatnimi czasy jakby podupadał. Stara, ale stała klientela powolutku się wykruszała i bilardziści poodchodzili do innych klubów. Zniknął nawet słynny polityczny kącik dyskusyjny pod przewodnictwem zezowatej Zochy. Zocha była dziennikarką, robiącą karierę w gazecie, którą ówcześni czytelnicy nazywali „Życiem z kropką”. Wraz z upadkiem powyższego „Życia”, podupadła również kariera zezowatej Zochy, no i zniknął jej kącik wiecznie kłócących się okularników. Sama okularów nigdy nie nosiła, choć miała zeza rozbieżnego i właściwie nigdy nie było wiadomo, w którą stronę patrzy. Twardo trzymała się konserwatywnie prawicowych poglądów, za całe zło świata oskarżając komunistów i masonów, działających wszędzie, w ukryciu, i zawsze knujących zło. Jak więc łatwo było się domyślić, jej głos słychać było w całym klubie często i wyraźnie.

Słowem, kiedyś klub Magnum cały wrzał. Dzisiaj, gdy Adam Kniewicz pojawił się w zdezelowanych drzwiach, przy kilku bruswickach stali amatorzy bilardu, raczej średnio orientujący się w tajnikach zawodowej gry. Przy pięciu, może sześciu, tak zwanych stolikach konsumpcyjnych przypadkowi ludzie pili piwo lub colę. Panowała nudna cisza, z rzadka przerywana stukiem bil lub przyciszoną rozmową. Adam szybko rozpoznał siedzącego w rogu, łysego jak kolano starszego pana w marynarce w kratę, dokładnie opisanego przez niezapomnianą panią Cisową. Rozmawiał cicho z jakimś jegomościem w podobnym jak on wieku, ale klął przy tym jak szewc. Kniewicz znał świetnie zwyczaje z Woronicza i raczej nie spodziewał się skautowskiego języka, ale starszy pan zaskoczył nawet jego. Rozmówca odszedł po chwili od stolika, więc Adam mógł, nikomu nie wadząc, podejść i się przywitać.

- Przepraszam, czy pan Roman Cis? – zagadnął. Starszy pan wolno odwrócił głowę.
- Tak, czego pan sobie życzy, młody człowieku?
- Nazywam się Adam Kniewicz, pracuję na Woronicza…
- Aaa, teraz poznaję pana. Poranna rozmowa z politykiem?
- Tak – uśmiechnął się Adam.
- Na ekranie wydaje się pan niższy, tak bywa. Co się stało, panie Adamie? – Cis uśmiechnął się szeroko.
- Czy mogę panu zająć kilka minut?
- Za pół godziny jestem umówiony na brydża.
- Na pewno zdążymy.
- A więc zapraszam – starszy pan wskazał miejsce po drugiej stronie stolika.
Adam usiadł i rozejrzał się dookoła.
- Ładnie tu – zauważył.
- Eee tam… – machnął ręką Cis. – Kiedyś to było ładnie. Tutaj przychodził Mikke, przy stołach grali Gastman, Meyer i Mucha.
- Takie miał nazwisko?
- Nie. Tak go tu nazywali. Dobry bilardzista. Grał kiedyś z Ortmanem i Bustamantem. Gastman i Meyer też. -Zna pan te nazwiska?
- Obawiam się, że nie – przyznał Adam.
- Fajne młode chłopaki. Ja też kiedyś grałem, ale chujowo.
- Z pewnością lepiej ode mnie – zapewnił Kniewicz. – Chciałbym pana o coś zapytać, jeśli można.
- Można, wal pan.
- Czy to pan w osiemdziesiątym trzecim roku robił materiał w Skierniewicach, o tajemniczej śmierci młodego żołnierza? „

„W progu, dokładnie na wprost Seneki, wykwitła triumfująca Laura, a za nią stanęła kolejna (tym razem średnia) pszennowłosa latorośl męczącej rodziny Schoppe.
Ignacy Borejko sam się zdziwił swoją reakcją – ale oto ryknął, jakby mu ktoś wbił spiżową klingę w brzuch. Widok zadowolonego z siebie blondyna o naiwnych oczkach, ubranego w maturalny garnitur i niedoskonale wyprasowaną koszulę, uczesanego na mokro i w dodatku dzierżącego oburącz ostentacyjny bukiet z kokardą, był sam w sobie niemiły, przede wszystkim z powodu niejasnego, lecz niewątpliwego podobieństwa Wolfganga do brata; a w dodatku nasuwał najgorsze podejrzenia.
Jak najsłuszniej zresztą.
Zaskakując go kompletnie, beztroski brat Fryderyka przybliżył się dwoma śmiałymi krokami, machnął bukietem, przełożył go do lewej ręki, po czym ujął prawą dłoń dziadka i bez uprzedzenia wycisnął na niej długi, mokry pocałunek.
Ignacy Borejko wrzasnął, wyrwał mu rękę i odruchowo wytarł ją w połę marynarki. Tymczasem niezrażony niczym chłystek pochylił się nisko i objął jego kolana, co bardzo przestraszyło dziadka i skłoniło go do gwałtownego uskoku w tył. Niestety! w tyle, za nim, nie było już nic prócz wielkiego filodendrona; ten, strącony raptownie z taboretu, gruchnął o ziemię z ciężkim, głuchym łoskotem rozbitej donicy.
Dziadkowi mignęła myśl, że Mila go za to udusi, lecz nie zdążył nawet bardzo się zmartwić, bo Wolfgang Amadeusz Schoppe właśnie się oświadczał.”


  • RSS