„Ta mała Mary, ośmioletnia, delikatna i dosyć drobna jak na swój wiek, nie tyle zadowolona z tego, co odkryła wokół siebie, ile tym zaintrygowana, czasami jednak unosiła się na skrzydłach szalonej radości. Ale to zdarzało się tylko wtedy, gdy była sama w ciszy, w której słyszała co najwyżej szelest liści przemiatanych wiatrem albo raptowny ptasi trel. Wtedy podnosiła ręce i machała nimi jak skrzydłami. Wydawała słaby okrzyk jak gdyby pod zbyt wielkim naporem ograniczających ją uczuć.
W ten chłodny poranek na początku maja nic szczególnie jej nie cieszyło. Dmuchał północny wiatr. Aż trząsły się wszystkie rośliny w ogrodzie. Niektóre urosły już do sześciu cali, ale na klonach dopiero się ukazywały pąki liści.
- Boże! – wykrzyknął Renny Whiteoak zastając Mary w pracowni. – Zimno tutaj, jakby wiało dobroczynnością! Dlaczego ty się ukrywasz?
Ujął ją za lodowate małe ręce i chciał rozgrzać, ale uśmiechnęła się zagadkowo i powiedziała:
- Mnie nie zimno.
Jej ręce ginęły w jego nawykłych do panowania nad końmi, umięśnionych dłoniach.
- Kłopot z kobietami – powiedział – polega na tym, ze wy zawsze ubieracie się za skapo. Tobie wystarcza ten kłusy łaszek?”