„Podniósł z wysiłkiem głowę, jakby dźwigał niebotyczny dzban. Miał przed oczyma rozmazaną twarz Wacława.
- Co? Co tak patrzysz na mnie? Mszę odprawiłem, dopiero potem… Cały miesiąc nie piłem, tak jak chciałeś. Wiem, że jestem świnia. Nie prosiłem cię o litość. Nie patrz się tak! Cały miesiąc nie piłem! Zapytaj Piotra.
Groser odwrócił się gwałtownie i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił, trzymając w ręce JB z połową zawartości.
- Nie piłeś? Należy ci się order! Wyobraź sobie, że my z proboszczem też nie/ jemu może to było wszystko jedno, ale ja cholernie chciałem się napić. Miałem ochotę i miałem powód, i miałem to w ręce. – Wacław potrząsał butelką. – Odstawiłem, bo pomyślałem o tobie, że może poczujesz, jak ktoś o tobie myśli.
- To błąd, trzeba było wypić.
Groser spojrzał mu prosto w oczy.
- Nie patrz tak! Mam w dupie twoją ofiarę! – wrzasnął Leszek.
Z oczu Wacława potoczyły się łzy. Odwrócił się ku wyjściu. Nie zdążył zamknąć drzwi, gdy rozległ się telefon. Odetchnął parę razy głęboko i podszedł do aparatu stojącego na końcu korytarza. Podniósł słuchawkę.
- Halo…
- Dzwonię, żeby zapytać, jak nasz kuracjusz – wlał mu się do ucha wesoły głos Cybuli.
- Nie mogłeś wybrać gorszej pory.
Zaległa kłopotliwa cisza.
- Co jest? – spytał Piotr.
- Kuracjusz nadrobił miesięczne zaległości, a na mnie zwymiotował…
- Co? – jęknął głos po drugiej stronie słuchawki.
- No nie dosłownie, ale chyba bym wolał – odparł Groser, zerkając w kierunku drzwi Leszka. – Słuchaj, Piotrek, nie mam już siły. Ciągnę sam ten wózek. Proboszcz w szpitalu, ja kryję tego biedaczka, a on ma to gdzieś.
- Wacek, rozumiem, ale to normalka. Widać, że on za siebie nie może. To choroba. Dobra, towar jest na gwarancji. Jutro mam interes w mieście, wezmę go z powrotem. Za tydzień będzie u mnie zjazd AA. On z tego nie wyjdzie o własnych siłach. Najlepiej mu pomoże Jarek, sam przeżył to piekło. Wacuś, Wacuś, słyszysz? Trzymaj się. Wyciągniemy go.
- Nie wiem… – Groserowi głos się załamał – może trzeba go zawieźć na oddział. Nie wiem, ile w siebie wlał.
- Jest przytomny?
- Inaczej by mi nie dowalił.
- To nieźle. Daj mu na razie litr wody z cytryną i listek witaminy B. To go powinno odtruć. Jakby co, to dzwoń. Jutro jestem.
Na szczęście Leszka nie trzeba było przekonywać. Kiwnął potakująco głową na wieść o wyjeździe do Kołomorza. Wolałby przeżywać najgorsze katusze, niż patrzeć Groserowi w oczy.”