„Filip wprowadził doktora Ramsaya do saloniku i pobiegł na górę po Mary i dzieci. Na drugiej kondygnacji schodów zatrzymał się nasłuchując.
- Meggie! – zawołał niegłośno.
Powyżej panowała cisza. Wszedł na drugie piętro i zajrzał do pokoju dziecinnego. Nie było tam nikogo. Podszedł do drzwi pokoju guwernantki i zapukał.
- Panno Wakefield?
- Tak? – odezwała się natychmiast, ale drzwi nie otworzyła.
- Niech pani posłucha. Mój teść jest tutaj i chce panią poznać. To zatwardziały konwencjonalista, jeśli chodzi o noszenie żałoby i takie rzeczy. Może by pani znalazła jakąś ciemną suknię, żeby mu się w niej pokazać!? Głupio mi zawracać pani tym głowę, ale pani wie, jacy są Szkoci. Chyba powinniśmy zrobić na nim dobre wrażenie, no nie?
Swym konspiracyjnym tonem postawił Mary w stan radosnej gotowości. Powiedziała:
- Bardzo dziękuję, że pan mi to mówił. Gdyby pan zechciał chwilę zaczekać, pokażę panu, co mam.
W Londynie Mary wiodła przy ojcu życie w atmosferze zgoła niekonwencjonalnej. Jeszcze wkładając szlafrok, uchyliła drzwi, po czym stanęła przed Filipem z granatową spódnicą i białą bluzką w rękach. Prawie nie widział tych części garderoby. Jego oczy przyciągała perłowa biel przedramienia i szyi dziewczyny, dekolt w szpic ukazujący trochę piersi.
- Wspaniale – powiedział. – Więc włoży to pani i zaraz zejdzie na dół, dobrze?
Nie lepiej potrafił odnosić się do niej jak do guwernantki niż ona potrafiła, jak guwernantka się zachowywać. Uradowana parsknęła śmiechem.
- Zejdę, zanim pan doliczy do dziesięciu – obiecała.
Odwracając się Filip omal nie wpadł na panią Nettleship, która niosła stertę świeżo upranej bielizny dzieci. Wyraz twarzy gospodyni dziwnie łączył w sobie zgorszenie i triumf wobec potwierdzenia jej najgorszych podejrzeń. Chociaż korytarz wcale nie był taki wąski, wymyślnym ruchem odsunęła się pod ścianę, żeby Filip przeszedł.”