moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

„- Gdzie jest to pióro z kości słoniowej?! – ryknął Filip z biblioteki. – Widział je kto?
Na szczycie schodów Ernest zachichotał i prędko zatkał sobie usta dłonią. Czekał, żeby odezwała się matka. Doczekał się.
- Twoje pióro z kości słoniowej, Filipie? – zawołała. – To najlepsze?
- Wiesz doskonale – ryknął ojciec – że z kości słoniowej mam tylko jedno pióro! Pytam, kto je wziął!
- Może dałeś je komuś. – Adelina mrugnęła do dzieci.
- Pytam, gdzie ono jest! – wrzasnął. Stał teraz u podnóża schodów. – Nie byłbym takim głupcem, żeby je dać komukolwiek!
- Może pani Sinclair je zabrała.
- Miałem je wczoraj! Wziął je ktoś w domu i ja szczerze temu komuś współczuję! – Wznosząc oczy ku gromadce na szczycie schodów, utkwił wzrok w Erneście.
- Coś ci powiem. – Głos Adeliny był pełen słodyczy. – Zejdziemy tam i pomożemy ci szukać. Chodźmy, dzieci.
Zmaszerowali ze schodów. W hallu Adelina zapytała Filipa:
- Nie podejrzewasz, że może Nero je złapał? Że po prostu uznał je za kość i zjadł?
- Nero w żadnym razie nie wziąłby nic z mojego sekretarzyka.
Pies, wylegujący się na niedźwiedziej skórze, łypnął oczami niewinnie. Ziewnął szeroko, jak gdyby chciał pokazać, że żadne szczątki kości słoniowej nie przylgnęły mu do zębów. Nigdy – dał tym do zrozumienia – nie pozwoliłby sobie na wtykanie państwu błędów, ale musi przecież się bronić.
Ernest przykucnął i zajrzał Neronowi w pysk, rozdziawiony następnym ziewnięciem.
- Ani śladu pióra – stwierdził.
Mikołaj też przykucnął przed Neronem.
- Gdyby je gryzł, na pewno by sobie do krwi pokaleczył język – rzekł logicznie.
Nero przewrócił się na grzbiet, wyraźnie gotów poddać się dalszym oględzinom.
- Poczuł się dotknięty – zauważyła Augusta.
- On nie wziął – powiedział Filip. – Ale ktoś grzebał w moich rzeczach i ja wykryję, kto to.
Zaczęli przeszukiwać pokój. Augusta, dziewczynka w wieku, w którym się krytykuje rodziców, pomyślała z niesmakiem: I na co im takie komedie? Obojętnie, wcale nie szukając pióra, bo widziała je w pokoju Ernesta, rozglądała się po kątach. Dla Mikołaja to była wspaniała zabawa. Otwierał szuflady i przeglądał ich zawartość.
- Coś mi przyszło na myśl – powiedział nagle Filip.
- Rzeczywiście? – zapytała Gussie. Zapytała tylko przez uprzejmość, Filipowi jednak to pytanie się nie spodobało. Wybałuszył oczy.
- Czy to takie szczególne, że coś mi przyszło na myśl?
- Zależy, co – zastrzegła, ale widząc wyraz jego twarzy lekko zadrżała.
- Mnie częściej niż tacie przychodzi coś na myśl – powiedział Ernest.
- Jeszcze jedno słowo – zagroził mu ojciec – a położę cię na kolano. – Zwrócił się do Adeliny: – Wiesz, myślę, że to Boney ukradł mi pióro!
W wyśmienitym humorze Adelina ruszyła pierwsza do małżeńskiej sypialni. Boney w klatce zwisał ze swojej huśtawki do góry nogami. Spojrzał na Filipa wrogo.
- Nie cierpię kapitana Whiteoaka – zaskrzeczał.
- Nie cierpisz, właśnie – powiedział Filip. – Ty stary diable, i dlatego ukradłeś mi pióro.
Wszyscy znów zabrali się do szukania, podczas gdy Boney nadal zwisając do góry nogami, rechotał urągliwie. Na toaletce Adeliny Ernest znalazł karmelek w papierku. Schował go do kieszeni.
W końcu Filip powiedział:
- Nie mogę już marnować czasu. Muszę pisać moim starym piórem. Jedno jest pewne. Nie pozwolę, żeby było więcej ptaków w tym domu – Majestatycznie wyszedł. Za progiem odwrócił się. – Obiecuję nagrodę, jeżeli któreś z was, dzieci, znajdzie to pióro.
- Masz teraz możliwość – powiedziała Adelina Ernestowi – dostać w nagrodę coś ładnego.”

„W małej, zatęchłej komórce bez okna stał stolik i dwa krzesła. Na jednym z nich siedziała Ewelina. Na jego widok podniosła się. Widać było, że nic nie może powiedzieć. Uśmiechnął się do niej, a potem wyciągnął ramiona. Przypadli do siebie, trwając tak długą chwilę. Posadził ją wreszcie na krześle, sam usiadł naprzeciw. Wyciągnął do niej przez stolik ręce. Ewelina zaczęła je nagle całować. Usiłował się uwolnić.
– Ewelina, daj spokój! – rzekł ostro.
- Przepraszam cię, przepraszam – załkała.
- Nie masz mnie za co przepraszać. I nie o to tu chodzi. Trzeba teraz pomyśleć, co będziesz robiła w czasie mojej odsiadki.
Spojrzała na niego oczyma zalanymi łzami.
- Ty nie będziesz siedział! Musimy tylko stąd wyjechać.
- Skąd te rewelacje?
- Byłam u Walczaka.
Zapadła cisza. A więc po raz drugi jego życiowe sprawy rozwiązują się z łaski wybrańców nowej władzy. Śmieszne. A nawet żałosne.
- A jak sobie poradzisz bez swojej cegielni?
- Co tam cegielnia! – wybuchnęła. –Gdybym wiedziała, że dla mojej zachcianki sprzedajesz dolary, że się tak strasznie narażasz… Po co to robiłeś?
- Wszyscy to robią, to są jedyne realne pieniądze na rynku. Złotówka jest śmieciem. Niestety, Polską zawsze rządził dolar. I w dwudziestoleciu, i w czasie okupacji, także teraz.
- A ja myślałam, że trzymasz złotówki w banku…
- Dopiero bym się naraził, jakbym sumę, z której się nie mogę wyliczyć, włożył do banku. Tu nie Szwajcaria, kochanie. Tu jest Polska Rzeczpospolita Ludowa, zwracam ci uwagę na ostatni człon tej nazwy.
Ewelina smętnie zwiesiła głowę.
- Czyli zaczynamy od zera – powiedział.”

„W tydzień później szła Miodową z ręką na temblaku, a raczej wlokła się w poczuciu, że po raz kolejny jej życie osiadło na mieliźnie. Nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Od dyrektora RSW „Prasa” dostała pisemne wymówienie:

W związku z zawieszeniem tygodnika „Po prostu” zmuszenie jesteśmy wypowiedzieć Obywatelce umowę o pracę na okres trzech miesięcy. Termin rozwiązania stosunku służbowego z dniem 31 stycznie 1958 roku.

Tadeusz zaproponował jej, aby pisała felietony do „Łowca”.
- Felietony o zwierzątkach? Nie jestem taką psychiczną emerytką jak ty! – wybuchnęła. – Chcę robić coś pożytecznego dla tego kraju! Dla ciebie to jest jakiś skansen. A ja czuje się, mimo wszystko, z nim związana! W innym razie, co warte jest moje życie, po co mam w ogóle żyć?
- Może po to, że ja chcę, abyś żyła – odrzekł spokojnie.
Ewelina ze znużeniem opadła na fotel.
- Przepraszam – bąknęła.
Mijała właśnie bramę Szkoły Muzycznej, kiedy wybiegły z niej dwie dziewczynki, niższa trzymała w ręku futerał na skrzypce. Pewnie nie zwróciłaby na nie większej uwagi, gdyby nie usłyszała nagle, jak jedna z nich mówi:
- Zuzia! Nie leć tak…
Ewelina przystanęła na chodniku, a potem energicznie zawróciła, doganiając dziewczynki. Spojrzały na nią zaskoczone, ale ona nie musiała pytać, która z nich ma na imię Zuzanna. Oto miała przed sobą córkę brata. To były te same niebieskie oczy, ten sam mały, odrobinę za krótki nos. Włosy, związane z tyłu tasiemką, jasną chmurą opadały na plecy.
- Masz na imię Zuzanna – powiedziała Ewelina, starając się pokonać podchodzące do gardła wzruszenie.
- Tak, Zuzanna Walczak.
Nie – pomyślała Ewelina. – Zuzanna Lechicka, ale jeszcze o tym nie wiesz… „

„Na początku marca czterdziestego drugiego roku Ewelina bez uprzedzenia przywiozła do Lechic kilku zbiegłych z niewoli angielskich lotników. Suzanne w żaden sposób nie mogła się z nimi porozumieć, mówili tylko po angielsku, a ona tego języka nie znała.
- Na miłość boską! – powiedziała do siostrzenicy. – Przecież to szaleństwo…
- Większym szaleństwem byłoby ukrywanie ich w Warszawie, zwracają na siebie uwagę.
- A tutaj, myślisz, nie?
- Powie się, że to sezonowi robotnicy, jak się przebiorą w robocze ubrania, nie będą się tak rzucali w oczy.
- Zapewniam cię, że dopiero wtedy będzie wiadomo, że to przebranie. Popatrz na ich twarze, z daleka widać, że są cudzoziemcami. Rozszyfruje ich pierwszy lepszy policjant. Wystarczy, że im zada jakieś pytanie.
- Oj, to powie ciocia, że są głuchoniemi… Teraz tacy różni odmieńcy wynajmują się do roboty.
- Ewelinko – Suzanne załamała ręce. – Co ty wygadujesz! Narażasz Lechice i narażasz Jasia!
- Wiem, że Jasio zawsze był dla cioci najważniejszy, ale nie ma go tutaj, siedzi w Warszawie. Powiedziałam mu, żeby w najbliższą niedzielę nie przyjeżdżał, bo ciocia oszaleje ze strachu. W poniedziałek ktoś się po nich zgłosi, więc to tylko trzy dni.
- Trzy dni – powiedziała Suzanne ze zgrozą. – A oni chociaż wiedzą, że mają nie wystawiać nosa z oficyny?
- Wytłumaczy im to ciocia na migi.”


  • RSS