moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2006


„Gdy Serenity znikał w szczękach ogromnego krokodyla, przez jego głowę przebiegły trzy ostatnie obrazy: rozkładający się bawół pełen dziur, z których wypełzały nitki larw i wylatywały roje much; jego długoletnia kochanka, ciotka jego zaginionej żony – oraz tajemnicza kobieta, która, gdy był dzieckiem, uleczyła go z opętania przez duże kobiety.
Tych parę osób, które w młodości znały mojego ojca i żyły jeszcze, gdy byłem mały, przypominało sobie, że do siódmego roku życia podbiegał niemal do każdej przechodzącej dużej kobiety i miękkim, drżącym od wyczekiwania głosem mówił: „Witaj w domu, mamusiu. Tak długo cię nie było, że bałem się, że już nigdy nie wrócisz”. Zaskoczona kobieta uśmiechała się wtedy, głaskała go po główce i patrzyła, jak zaciska rączki, a potem wyjaśniała mu, że znowu się pomylił.
Kobiety z zagrody jego ojca próbowały go tego oduczyć; straszyły go – co potwierdzają niektórzy mieszkańcy wsi – mówiąc, że kiedyś podbiegnie do przebranego za dużą kobietę ducha, który zabierze go ze sobą i wsadzi do głębokiej dziury pod ziemią. Równie dobrze mogły próbować doić wodę z kamienia, bo ojciec mój, jak zwykle, z upartym wyrazem twarzy nadal Pędził w kierunku dużych kobiet i raz za razem doznawał rozczarowarna.
Aż w południe pewnego gorącego dnia 1940 roku podbiegł do kobiety, która się nie uśmiechnęła i nie pogłaskała go po główce. Nie rzuciwszy mu nawet jednego spojrzenia, złapała go za ramiona i odepchnęła od siebie. Ta tajemnicza uzdrowicielka, która uwolniła go od jego obsesji, zdobyła tym sobie raz na zawsze miejsce w jego życiu. Nigdy więcej nie podbiegał już do dużych kobiet i nie chciał o tym rozmawiać, nawet wtedy, gdy Babcia, jedyna jego ciotka ze strony ojca, obiecywała mu słodycze. Zamknął się w grubym kokonie i odrzucał wszelkie próby pocieszenia. Najego twarzy pojawiła się życzliwa, samotnicza obojętność, tak zdecydowana, że nadano mu imię Serenity, choć mieszkańcy wsi nazywali go „Sere”, co jak na ironię oznacza również roślinkę z czarnymi kolcami, występującą w zapuszczonych ogrodach lub zaroślach i czepiającą się ubrań oraz zwierzęcych boków.
Matka Sere, kobieta, która w jego myślach przyjęła postać wszystkich tych obcych kobiet, pozostawiła go swemu losowi, gdy miał trzy lata; mówiło się, że poszła do odległych sklepów na drugim końcu Mpande Hill, gdzie robiono większe zakupy, i nigdy nie wróciła. Zostawiła też dwie dziewczynki, obie starsze od Sere, które z wielką pokorą pogodziły się zjej nieobecnością i nie mogły znieść opętańczego zainteresowania brata dużymi kobietami.
W idealnej sytuacji Sere powinien był się urodzić jako pierwszy, bo wszyscy mieli nadzieję, że Dziadek będzie mieć wnuka, przyszłego przywódcę okręgu. Ale na świat przychodziły tylko dziewczynki, z czego dwie umarły zaraz po urodzeniu, w okolicznościach, które trąciły matczyną rozpaczą. Kiedy urodził się Sere, jego matka postanowiła odejść, ponieważ wszyscy oczekiwali od niej, że wyda na świat jeszcze jednego syna – jako rezerwę, bo jeden syn jest jak świeca wobec nagłego powiewu wiatru.”

„Był rok 1928. dla jednych będą to lata światowego kryzysu, dla innych początki kina dźwiękowego, prapremiera „Opery za trzy grosze” Brechta. Olimpiada w Amsterdamie, urodziny Myszki Mickey czy mistrzostwo Polski Wisły Kraków w piłce nożnej.
Dla mnie był to rok moich urodzin. 3 lipca 1928 roku, w znaku Raka, we wtorek, o godz. 2 w nocy, w Łodzi na ulicy Młynarskiej 99 wydałem pierwszy okrzyk. Urodziłem się w skromnej rodzinie. Ojciec Antoni był sezonowym murarzem, a matka Janina pracowała jako szwaczka u jakiegoś Scheiblera czy Grohmana. Zwolniona ze względu na chorobę płuc. Opiekowała się więc mną, jej ukochanym synem, jedynakiem. Wszystko najlepsze miałem od niej. Kochana, wspaniała, uczyła mnie miłości do ludzi.
Dzieciństwo spędziłem w zaniedbanej dzielnicy Łodzi. Ojciec pracował dorywczo. Nie było pieniędzy. Składałem każdy grosz. Od dziecka pasjonowało mnie kino. Każdego tygodnia, a czasem dwa razy w tygodniu, musiałem być w kinie. Żyłem wtedy w innym świecie, starałem się utożsamiać z bohaterami kina. W latach 1935-1939 w kinie Wars, na Bałuckim Rynku, oglądałem wszystkie ciekawsze filmy. W mojej klasie, do której uczęszczały głównie dzieciaki z przedmieści i ze wsi, nikt nie chodził do kina, dlatego w poniedziałek wszyscy koledzy przychodzili o godzinę wcześniej do szkoły, a ja opowiadałem im obejrzany w sobotę lub niedzielę film! To był rytuał i moje pierwsze występy przed widzami. Były to cudowne ranki. Czułem się potrzebny. Znała mnie szkoła. W gronie bliższych kolegów nazywaliśmy siebie imionami bohaterów filmu: Tomem, Kenem, Jimem. Żyliśmy światem wyobrażonym, innym, ciekawszym. Wiele było tych urojonych i prawdziwych przygód, ucieczek w świat zabawy i marzeń. Czułem w tym swój udział. Ten świat przynosiłem im z kina i z książek, które głośno czytałem ojcu. Pewnie z tych powodów w szkole szło mi dobrze.
Żałowałem, że nie mam brata albo siostry. Nie lubiłem samotności. Miałem więc kolegów, u których bywałem lub, którzy przychodzili do mnie. W tych latach nie było problemu, co zrobić z synem, gdy rodzice musieli wyjść z domu. Życzliwi sąsiedzi opiekowali się dzieckiem. W całym domu wszyscy znali się jak jedna wielka rodzina. Miało to chyba wpływ na moje wychowanie. Jestem otwarty, ufny i lubię ludzi.”

„Pisanie o Fryderyku Jarosym jest rzeczą bardzo trudną i skomplikowaną. Otóż Jerosy był powszechnie znany jako blagier i mitoman. Niektórzy twierdzili, że w opowieściach z jego życia nie było ani słowa prawdy. Inni znów, że tak barwne życie mogło wydawać się zmyślone. I jedni, i drudzy mieli po trochu racji. Te najbardziej nieprawdopodobne przygody wydarzyły się naprawdę… A niektóre opowieści były po prostu anegdotami, które wspaniale adaptował, przedstawiając siebie jako ich bohatera. Spędzając razem większą część okupacji – mój mąż Jerzy Jurandot, Fryderyk i ja – gadaliśmy godzinami i nieraz opowiadał nam ze śmiechem, jak i kto nabierał się na jego „opowieści Munchhausena” – tak je określał. Jednym z najpoważniejszych dowodów jego blagierstwa miała być historia, którą chętnie opowiadał. Otóż jako młodzieniec szedł ulicą Wiednia, kiedy nadjechał karocą cesarz Franciszek Józef. Konie spłoszyły się, wszyscy zaczęli uciekać, jedynie młody Fryderyk chwycił za uzdy i z narażeniem życia uratował cesarza. Ten przywołał go, wyjął z kieszonki złoty zegarek i wręczył swemu zbawcy, po czym odjechał. Na kopercie zegarka widniał napis : „Bohaterskiemu Fryderykowi Jarosyemu z podziękowaniem Cesarz Austrii i Król Węgier Franciszek Józef I”.
Była to wówczas mało znana anegdota, strawestowana przez Fryderyka. Krążyło takich anegdot więcej i powtarzano je sobie nawzajem, drwiąc z kłamcy.
A więc nie troszczmy się zbytnio, czy nieprawdopodobnie brzmiące niektóre jego opowieści naprawdę się wydarzyły, choć co do większości z nich świadczę, że tak. Pamiętajmy jednak, że osoby, które opowiadają same nieskazitelnie prawdziwe rzeczy, są nieznośnymi nudziarzami. A syn „Niebieskiego Ptaka” nie mógł przecież być nudziarzem! I nie był.”

„Gussie była dzieckiem nad wiek rozwiniętym, częściowo dzięki wrodzonej inteligencji, a częściowo dzięki losowi, jaki jej przypadł w udziale, to jest ciągłej zmianie otoczenia, w jakim żyła. Zrozumiała, że potężna istota, która uniosła ją w górę i trzymała w mocnym ujęciu swych dłoni, przemawiając grzmiącym głosem, nakazywała jej nie płakać, lecz dusić w sobie wszystkie męki i niedole, których powodem był czy to ból fizyczny, czy też wrodzona dzikość. Kiedy następnym razem ciotka, w przypływie nagłej czułości, chwyciła ją i zaczęła kołysać, mała zdobyła się na coś, co było dla niej niesłychanym bohaterstwem: zdławiła w sobie ochotę do płaczu. Utkwiła w twarzy ciotki Augusty żałosne spojrzenie, skrzywiła usteczka w podkówkę, oczy nabrzmiały jej łzami, ale nie dała im się potoczyć i połknęła je dzielnie.
Augusta była oburzona, widząc taki wyraz na twarzyczce małej.
- Cóż to? – rzekła z przerażeniem. – Dziecko nie może znieść mego widoku? Widzę to w jej oczach!
- Głupstwa pleciesz, moja droga – rzekł Filip. – To tylko nieśmiałość. Wyleczy się z tego! – i palcem pogroził córce.
- Nie! Nie wylecz się. Robiłam, co mogłam, aby zjednać ją sobie! A teraz – spojrzała na mnie z taką rozpaczą! Tak, jakby z największym wysiłkiem chciała pohamować krzyk przerażenia na mój widok! Weź ją ode mnie, Adelino.
Adelina wzięła córkę i zaaplikowała jej niezbyt pieszczotliwego klapsa w tyłeczek. To już było ponad siły Gussie. Sprężyła się cała i uderzyła w ryk. W tej chwili wszedł do hallu dziekan, naciągając płaszcz na siebie.
- Pójdę chyba do zakrystii – rzekł. – Może tam znajdę spokój.
Wtedy Adelina i Filip zali sobie sprawę, że papuga krzyczała również. Bogu dzięki, że dziekan nie rozumiał po hinduski, bo słowa, które Boney wykrzykiwał, należały do najbezecniejszych w jego repertuarze; wyuczył się ich bowiem na statku.”


  • RSS