moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2006

„Od zakończenia wojny Pol Pot ani razu nie zainteresował się rodziną i rodzeństwem. Pochłaniało go utrzymanie władzy, którą zdobył, i organizowanie na nowo państwa. Pracował każdego dnia przez wiele godzin, nierzadko do późnej nocy. I – bał się. Lękał się zamachów, podstępów, zasadzek. Nie wierzył nikomu. Niebawem okaże się, że nie ufał nawet długoletnim, zdawałoby się sprawdzonym towarzyszom walki. Zarówno wtedy, jak w następnych latach, każdą noc spędzał w innej rezydencji. Wśród jego ochrony osobistej przeważali „górscy Khmerzy”, czyli przedstawiciele mniejszości etnicznych.
Wydawało mu się, że zewsząd czyhają wrogowie. Osobiście wydał rozkaz fizycznej likwidacji oficerów armii „republikańskiej”, chociaż się poddali i złożyli broń. Niewątpliwie jego pomysłem było zwabienie tych oficerów w oznaczone miejsca pod pretekstem zawiezienia och do Phnom Penh na uroczystość powitania księcia Sihanouka. Ten diaboliczny pomysł posłużył do masakry nieszczęśników. Zaledwie kilku z nich zdołało ujść z życiem i przedostać się do Tajlandii.
Inny, podobnie perfidny pomysł Pol Pota to wzywanie za pośrednictwem radia specjalistów z ważnych dziedzin gospodarki, wygnanych z Phnom Penh podczas exodusu. Kiedy wezwani powrócili, dostarczając pożądanych informacji, natychmiast ich zabijano.
Pol Pot rządził – i chorował. Cierpiał na ustawiczne bóle głowy, uszu i nóg. Nie ustawał jednak w wydawaniu zarządzeń, które miały siłę rozkazów nie do odwołania. Wykańczając bez litości rodzimych fachowców, przyjął kilkuset techników chińskich, mających pomóc w odbudowie Kambodży. Z czasem liczba ich wzrosła podobno do czterech tysięcy.
Mnóstwo mieszkańców Kambodży ginie każdego dnia. Jedni umierają podczas przymusowej tułaczki z głodu, chorób, wycieńczenia. Inni są zabijani, jako zbędni, niepełnowartościowi za to, że pochodzą z miast. Giną z rąk żołnierzy, często nastolatków, których nauczono strzelać i zabijać, którzy jednak nie potrafią czytać ani pisać. Następnym rozdziałem eksterminacji będą masowe czystki. Już obecnie jednak okrucieństwo stało się zjawiskiem powszednim. Giną przede wszystkim „ludzie 17 kwietnia”, wypędzeni z miast – w oczach Czerwonych Khmerów gorsi, niepełnowartościowi – zasługujący na pogardę i na zagładę.”

„Żyła trzydzieści trzy lata (1912-1945), a z nich piętnaście była związana z Adolfem Hitlerem, osobą, której wpływ na bieg wydarzeń w naszym stuleciu był bardzo znaczący.
Hitler, którego często można było oglądać w otoczeniu promieniujących radością kobiet i dzieci na fotografiach, w kronikach filmowych, wydawał rozkazy o zamykaniu w obozach i zabijaniu milionów ludzi, bez względu na płeć i wiek.
Hitler, który zachwycał się widokami przyrody i mienił się opiekunem zwierząt, był autorem planów podboju, a także niszczenia całych narodów.
„Drugie oblicze” Hitlera przejawiało się w wielu postawach z jego życia prywatnego; odnosiło się do spraw ściśle intymnych, okrytych ścisłą tajemnicą.
Ewę Braun – panienkę z dobrego domu – znały niemal wyłącznie rodzina, przyjaciółki i koleżanki szkolne. Dopiero od podjęcia pracy zawodowej w 1929 roku krąg jej znajomych poszerzył się. Wówczas poznała Adolfa Hitlera. Od kiedy go pokochała, nastąpił w jej życiu przełom.
Otaczała go miłością, nie stawiała żadnych warunków. Zjawiała się na każdą prośbę, czekała na jego słowa i listy. Bezgranicznie oddana, troszczyła się o stan jego zdrowia w chwilach dobrych i złych. Kiedy nadeszło pasmo klęsk i niepowodzeń, dzieliła jego poglądy i – podobnie jak on – obarczała winą wszystkich oprócz niego. Uważała wówczas, że jej „biedny Adolf” znalazł się w otoczeniu nieudolnych generałów, którzy nie potrafią albo nawet sabotują wykonanie jego genialnych rozkazów.
Żałowała swego ukochanego, tym bardziej że wyraźnie dostrzegała ruinę jego organizmu i depresyjne stany psychiki.
W Trzeciej Rzeszy niewiele osób wiedziało albo domyślało się, że z powodu nie odwzajemnionej miłości do Hitlera kilka kobiet popełniło samobójstwo: Geli Raubal e 1931 roku, Unity Walkiria Mitford w 1939 (zmarła na skutek odniesionych ran w 1948 roku), Inge Ley w 1943 roku. Targnęła się na życie Ewa Braun, dwukrotnie odratowana przez lekarzy w 1932 i 1935 roku. Trzecie samobójstwo popełniła wspólnie z Hitlerem, już jako jego żona, 30 kwietnia 1945 roku.”

„Ostatnio coraz więcej czasu poświęcam na rozmyślania o własnych narodzinach. Przyznaję, to raczej bezsensowne zajęcie. Wydarzenie owo nie zostało należycie uwiecznione w annałach, moje wspomnienia zaś okryła nieprzenikniona mgła. Tak jednak mniej więcej musiało być. Czuję to w kościach.

Należy tu zastrzec, że czas jest niezbyt odpowiedni: świat w tej chwili nie bardzo mi przypomina matczyne łono. Powolny dreszcz pełznie mi od kości ogonowej do wątroby; jestem przemoknięty, przewiany i skostniały. Zabrakło mi fajek i nie jadłem od jakichś trzech dni. Czy kojarzy się to wam z zacisznym, ciepłym miejscem? Chyba nie.

Czerwiec. Prześliczny lodowaty czerwiec. Co dziwne, znaczna część populacji Wysp Brytyjskich z niejakim rozrzewnieniem plasuje czerwiec w lecie. Wierutna bzdura. Owszem, drzewa okryły się fałszywym zielonym nalotem, a ludzie usiłują rozgrywać rachityczne mecze krykieta na wydeptanych trawnikach, ale mogę was zapewnić, że nic nie usprawiedliwia użycia słowa „lato”. Tylko my – bezdomni nędzarze i włóczędzy – tylko my znamy syberyjskie oblicze czerwca w Albionie. Jesteśmy jego powiernikami i druhami. Znamy z autopsji ucisk jego lodowatej garoty.

O proszę: jest środek czerwca, lecz chłód kąsa mnie w jajka, stopy mam jak dwie lodowe kry; słowem – widzicie mnie w trakcie zażyłego tete-a-tete z hipotermią. Jest mi tak zimno, że nawet nie czuję głodu! (Choć Niedożywienie i Wyczerpanie też mają na mnie chrapkę.) Tak, chłód jest dotkliwy, acz można doń przywyknąć. Ze wszystkich sił staram się go ignorować. To rozsądna metoda. Po jakimś czasie prawdziwy arktyczny mróz staje się pojęciem teoretycznym. Niczym pogląd, z którym nie chcemy się pogodzić – wciąż mierzi, ale przestaje irytować. Sam znieczula przeciw sobie (to ładnie z jego strony). W efekcie człowiek nękany przez chłód zyskuje pewną groteskową ascetyczną szacowność (bez której osobiście świetnie bym się obszedł).

W tej chwili siedzę sobie na lodowatej ławce w Saint James’s Park i posępnie ironizuję w oczekiwaniu na krystalicznie twardy zmierzch. Przyznaję, jako zajęcie jest to dość wymiotne, mam jednak ograniczony wachlarz możliwości.

W tym miejscu należy zwrócić uwagę na dwie dość osobliwe rzeczy.
Po pierwsze, mimo arktycznej temperatury i ogólnego niezadowolenia z życia wzrusza mnie ten lśniący parkowy wieczór. Wygląda tak, jakby świat wystroił się dziś dla mnie (pewnie się gdzieś wybiera). Gdybym znał go nieco lepiej, naciągnąłbym go na piątaka. (Taki ze mnie esteta.) Ale nie zrobię tego. Ostatnimi czasy świat i ja staramy się raczej unikać.

Po wtóre: przymarzam do ławki (gdyby nie to, pewnie bym się z niej osunął i umarł) położonej niecałe trzysta jardów od pałacu Buckingham. Na samą myśl o tym ogarnia mnie histeryczny śmiech. Tam w środku jest królowa. Jezu, może nawet siedzi za jednym z tych jasnych wyniosłych okien, patrzy na mnie i naśmiewa się z mojej nędzy. (Właśnie zaczęło padać. Pieprzony deszcz.) Wcale by mnie to nie zdziwiło. Do diaska, większość bezpańskich kundli jest lepiej odżywiona ode mnie! (Znów chichoczę jak głupek. Chyba jestem głupkiem.) Przychodzi mi na myśl, że jestem lepiej wykształcony, ładniejszy i sympatyczniejszy od królowej, a jednak to ja konam z głodu w jej ogródku. Ciekawe, co by na to powiedział Charlie Dickens.

Właściwie jest jeszcze trzecia rzecz, nawet dziwniejsza: w sumie wcale mi to wszystko nie przeszkadza. W każdym razie nie rozpaczliwie. Chcę powiedzieć, że to, iż jestem brudnym, głodnym, bezdomnym włóczęgą, nie dręczy mnie tak, jak zapewne powinno. Najwyraźniej upadłem na głowę. Od kiedy to bieda jest matką beztroski? Ale to prawda. Tu, na dnie, czuję się dziwnie, mgliście szczęśliwy. Niepoprawnie trwam w przekonaniu, że nie jest tak źle. Nie muszę chyba dodawać, że się mylę? Jest źle i będzie jeszcze gorzej. Kiedy jednak patrzę na siebie w tej wzniosłej chwili, zdaję się sobie czysty, wysublimowany w ogniu przeciwności.”


  • RSS