moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

„- Sprzątam tu i sprzątam, a tych śmieci jakoś nie ubywa – powiedziała moja mamusia z wielkim niezadowoleniem, przerywając na chwilę okopywanie dużego kamienia nożem kuchennym i rozglądając się dookoła. – Nawet wygląda, jakby ich było więcej.
– Bo tak sprzątasz! – prychnęła Teresa. – Robotnica majowa!
– Mnie się wydaje, że ubywa – zaprotestowała ciocia Jadzia. – To znaczy, niektórych ubywa…
– Zaraz przybędzie tych łupin, które tu rozwalacie – zauważyła zgryźliwie Lucyna.
– Łupiny posprzątamy same – obraziła się Teresa. – Dużo ci od nich nie przybędzie.
Obie z ciocią Jadzią łuskały groch. Moja mamusia i Lucyna usuwały stare żelastwo i kamienie z terenu wokół ruinki, postanowiwszy przeistoczyć śmietnik w elegancki trawnik. Lucynę pchało zamiłowanie do robót ogrodniczych, moją mamusię cicha nadzieja odnalezienia śladów najstarszej studni, która z niewiadomych powodów była jej potrzebna do szczęścia. Mimo iż praca trwała już czwarty dzień, rezultaty jej były nader nikłe. Śmietnik stawiał wyraźny opór.
Znalazłam się za oborą, ponieważ zbocza ruinki wzbudziły nagle moje zainteresowanie. Przywiozłam właśnie z zakładu fotograficznego w Węgrowie odbitki zdjęć cioci Jadzi, obejrzałam je i na jednym odkryłam nadzwyczajny przedmiot. Była to niezwykle piękna klamka, potężna, ozdobna, zaopatrzona w jakieś wymyślne fidrygały. Leżała doskonale widoczna na pierwszym planie wśród zielska i kamieni. Na drugim planie Teresa z Lucyną wlokły jakiś długi łańcuch. Wyglądały, jakby były nim spętane, ale na to nie zwróciłam już uwagi, zajęta klamką. Leżała nie w śmietniku, tylko na zboczu ruinki, tam gdzie nikt porządku nie robił, istniała zatem szansa, że nikt jej jeszcze nie usunął. Z fotografią w ręku popędziłam za oborę.
Nie odpowiadając na propozycję współpracy wlazłam na ruinkę i rozejrzałam się. Klamki nie było.
– Hej, tu leżała klamka – powiedziałam niespokojnie. – Która z was ją wyrzuciła i gdzie?
– Może byś tak pomogła w tej robocie, co? – powiedziała z wyrzutem Teresa.
-Zaraz. Najpierw klamka. Słuchajcie, tu leżała klamka…
– Jaka klamka? – zaciekawiła się ciocia Jadzia.
-Dekoracyjna. Tu była, wyszła ci na fotografii. Przyznajcie się, gdzie klamka?
– Żadnej klamki nie widziałam – oznajmiła moja mamusia znad swojego kamienia.
-Ja też nie – sapnęła Lucyna i przerwała dźganie ubitego gruntu jakimś drągiem z żelaznym okuciem. – Jakbym znalazła dekoracyjną klamkę, to bym ją pieczołowicie schowała, a nie wyrzucała. Tam nikt nic nie robił.
– No, ale była i nie ma…
Zlazłam z ruinki i popatrzyłam na zdjęcie, żeby zlokalizować miejsce pobytu antyku. Spojrzałam raz, potem drugi, porównałam widok na fotografii z widokiem w naturze i coś mi się zaczęło nie zgadzać.
– Kantujecie! – stwierdziłam oskarżycielsko. – Wszystko poprzewracane i kawałka brakuje. Coście tu robiły? Niszczycie familijny zabytek?
Wszystkie zgodnie zaprzysięgły się, że ruinki do ręki nie brały. Żadna tam nic nie robiła, zajmowały się wyłącznie śmietnikiem, ruinki nikt nie tknął.
-Jak to nikt nie tknął, skoro jest tknięta, i to całkiem porządnie! Proszę, same zobaczcie! – Tu była górka, a teraz jest dołek, tu wystawały kamienie, o… A teraz chała wystaje, za to tu nawalone…
Lucyna pierwsza wyrwała mi z ręki zdjęcie, ale nie nacieszyła się nim długo. Wszystkie rzuciły się na nią pełne zdumienia i niedowierzania. Z zainteresowaniem zaczęły porównywać.
– Ona ma rację – powiedziała Lucyna. – To wygląda całkiem inaczej. Ktoś tu grzebał!
– Nic podobnego, nikt nie grzebał! – zaprotestowała moja mamusia.
– To niby co? Samo się rozkopało?
– No a kto grzebał? Ty? Bo ja nie.
– Ja też nie. Teresa, ty grzebałaś? Jadziu, może ty?
Teresa zaprzeczyła bardzo stanowczo. Ciocia Jadzia w podziwie wpatrywała się na zmianę w ruinkę i w zdjęcie.
– Coś podobnego! – rzekła ze wzruszeniem. – Popatrzcie, taki dowód rzeczowy mi wyszedł… Rzeczywiście, cały ten kawałek wygląda zupełnie inaczej…
Gapiłyśmy się na odmienioną ruinkę, na kępy pokrzyw i wielkie, przykurzone liście łopianu, odkrywając różnice i na razie nie pojmując zjawiska. Najbardziej żal mi było zaginionej klamki. Lucyna pokazała palcem brzózkę, która przedtem rosła, a teraz leżała.
– Świeża – zauważyła. – Jeszcze się nie zeschła. Wyrwana niedawno…
– A ten łańcuch, to co? – oburzyła się nagle moja mamusia. – Toście go po to wyciągały, żeby tutaj zostawić? Nic dziwnego, że się śmietnik nie zmniejsza, skoro własne siostry podrzucają mi rupiecie!
– Żadnego łańcucha nie podrzucałam – zaprotestowała Lucyna z lekkim roztargnieniem.
– Jak to nie? Na zdjęciu widać! Już się teraz nie wyprzesz!
Obejrzałam się. Ogromny łańcuch, którym na fotografii spętane były Teresa z Lucyną, leżał blisko ruinki, na skraju śmietniska. Teresa obejrzała się również i wytrzeszczyła na niego oczy.
– A to co tu robi? Przecież go wywlokłam aż tam, do końca ogrodzenia…!
Dla wszystkich stało się wreszcie jasne, że w roboty porządkowe musiała wkroczyć jakaś obca siła. Żadna z nas nie ciągnęła z powrotem potwornie ciężkiego łańcucha, który uprzednio został odwleczony na bok o dobre kilkanaście metrów. Ciocia Jadzia zaświadczyła, że widziała na własne oczy, jak dwie zziajane siostry porzuciły go na skraju żywopłotu z akacji. Wnikliwsze poszukiwania pozwoliły odkryć krowią szczękę, która na fotografii widniała w pobliżu klamki, na wierzchu kawałka kamiennego murku, teraz zaś spoczywała w samym środku śmietnika. Tożsamości poszczególnych kamieni nie mogłyśmy być pewne, nie były bowiem poznaczone.
– Wygląda na to, że my sprzątamy, a ktoś przychodzi i podrzuca nowe śmieci – zauważyła w zadumie Lucyna. – Bierze z ruinki co popadnie i podrzuca tam. W ten sposób możemy mieć zajęcie do sądnego dnia…
– Ja nie – przerwała sucho Teresa. – Mam zamiar wrócić do Kanady, nawet jeśli tu nie będzie sprzątnięte.
– Nie wiem, komu przeszkadza, że chcemy tu zrobić porządek – powiedziała moja mamusia z urazą.
Otworzyłam usta, żeby wyjawić, co o tym myślę, ale spojrzałam na Lucynę i ugryzłam się w język. Wyglądała, jakby myślała o tym samym. Ciocia Jadzia uczyniła nieśmiałe przypuszczenie, że Franek w ten taktowny sposób usiłuje dać nam do zrozumienia, iż nie życzy sobie w obejściu żadnych zmian. Ewentualnie Wanda, jego żona. Ewentualnie Jędrek, jego syn…
– E tam – powiedziała energicznie moja mamusia. – Mogą sobie tu z powrotem zrobić śmietnik, jak wyjedziemy. Zresztą, zaraz ich dzisiaj zapytam…
Przeprowadzone wieczorem śledztwo wykazało niewinność wszystkich podejrzanych. Franek pracował całymi dniami w polu i nie miał czasu na głupie figle, Jędrek nie okazywał nawet zaciekawienia. Był ledwo żywy, bo ojciec orał w niego jak w perszerona, i nie w głowie mu było podrzucanie łańcuchów. Wanda była wprawdzie bardzo rozweselona śmieszną fanaberią rodziny z miasta, ale nie zamierzała brać w niej czynnego udziału, mając najzupełniej dość zajęcia w gospodarstwie, a ponadto stłuczone kolano. Turystów we wsi brakowało, ludność miejscowa nie przejawiała nami żadnego zainteresowania. Krótko mówiąc, sprawców czynu nie było.
- Wobec tego jutro łapiemy się za ten śmietnik wszystkie – zadecydowałam z wielką stanowczością. – Usuniemy go do zera i zobaczymy, co z tego wyniknie. Podrzuci ktoś nowy czy nie…”

„Szóstego dnia po zniknięciu Rossiego udaliśmy się mglistą nocą z Idlewild Airport do Stambułu. We Frankfurcie mieliśmy przesiadkę. Na miejsce dotarliśmy następnego ranka. Natychmiast wygoniono nas z samolotu. Wówczas w Europie Zachodniej byłem już po raz drugi, ale ten wyjazd wydawał mi się wyprawą na inną planetę – w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku Turcja była krajem zupełnie innym niż dzisiaj. Najpierw wierciłem się w niewygodnym fotelu, ocierając ręcznikiem z potu twarz, by następnie znaleźć się na równie rozgrzanym jak wnętrze samolotu pasie startowym. Otaczały mnie dziwne, obce zapachy nawiewane wraz z tumanami kurzu przez suchy wiatr. Powiewająca w jego podmuchach chusta, stojącego przede mną w kolejce Araba, raz po raz biła mnie w twarz. Na widok mego zdumienia Helen wybuchnęła śmiechem. Jeszcze w samolocie uczesała się i nałożyła na usta szminkę tak, że teraz, po pełnej udręki nocnej podróży, wyglądała zdumiewająco świeżo. Jej szyję spowijała chustka. Wciąż nie wiedziałem, co skrywała, ale nie śmiałem prosić, by ją zdjęła.
Witaj w wielkim świecie, jankesie – powiedziała z szerokim uśmiechem. Tym razem był to prawdziwy uśmiech, a nie jej zwykły, zdawkowy grymas twarzy.
Podczas jazdy taksówką moje zdumienie wzrastało. Sam dobrze nie wiedziałem, czego spodziewałem się po Stambule – miałem zbyt mało czasu, by się wcześniej nad tym zastanawiać – ale uroda tego miasta dosłownie powaliła mnie z nóg. Miało klimat Baśni tysiąca i jednej nocy, którego nie były w stanie rozproszyć nawet liczne, trąbiące samochody i widok biznesmenów w zachodnich garniturach. Pomyślałem, że Konstantynopol, stolica Bizancjum i pierwsza stolica chrześcijańskiego Rzymu – dziś Stambuł – musi swym wyglądem przechodzić wszelkie wyobrażenia – konglomerat rzymskiego bogactwa i chrześcijańskiego mistycyzmu. Nim znaleźliśmy kwatery w starej dzielnicy Sultanahmet, zdołałem dostrzec tuziny meczetów i minaretów, bazarów pełnych najdelikatniejszych tkanin, a nawet mignęły mi kopuły Hagia Sophii otoczone czterema wieżami górującymi nad półwyspem.

Helen również była w Stambule po raz pierwszy i studiowała wszystko z wielką uwagą. Podczas jazdy taksówką tylko raz odwróciła się w moją stronę. Oświadczyła, iż czuje się dziwnie, oglądając na własne oczy źródło – słówko to było chyba jej wymysłem – Imperium Osmańskiego, które wycisnęło niezatarte piętno również na jej rodzinnym kraju. W następnych dniach niejednokrotnie rozmawialiśmy o tym. Wygłaszała krótkie, zjadliwe uwagi na temat wszystkiego, co już znała: tureckich nazw miejsc, sałatki z ogórka – jedliśmy w restauracji pod gołym niebem – ostrołukowych okien. Wywierało to na mnie dziwaczny efekt, jakbym podwajał swoje doświadczenia, obserwując jednocześnie Stambuł i Rumunię. Stopniowo narastało między nami pytanie, czy kiedykolwiek uda mi się zobaczyć tę ostatnią. Odnosiłem wrażenie, iż ciągną mnie do tego kraju artefakty przeszłości widziane oczyma Helen. Ale zboczyłem z tematu – to znacznie dalszy epizod mojej opowieści.
W porównaniu z blaskiem i kurzem ulicy w holu naszej kwatery panował rozkoszny chłód. Z ulgą rozparłem się na krześle, oddając całą inicjatywę Helen, która piękną francuszczyzną, choć skażoną dziwnym akcentem, zamówiła dla nas dwa pokoje. Nasza gospodyni – Ormianka, która uwielbiała podróżników i starała się uczyć ich języków – nie znała nazwy hotelu, w którym przed laty zatrzymał się Rossi.
Helen uwielbia, gdy coś się dzieje – pomyślałem i zostawiłem jej całą inicjatywę. Na mocy niepisanej umowy wszystkie rachunki płacić miałem ja. Zabrałem z banku wszystkie swoje skromne oszczędności, ale Rossi zasługiwał na taką ofiarę, choćby nawet wszelkie moje wysiłki spełzły na niczym. Gdyby do tego doszło, do domu wróciłbym jako bankrut. Ale wiedziałem też, że Helen, jako studentka z obcego kraju, zapewne posiadała mniej niż nic i żyła prawie z niczego. Zauważyłem już, że cały jej majątek stanowią dwie walizki wypełnione skromnymi ubraniami. „


  • RSS