moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

OD AUTORA

„Książka, która powstawała w latach 1981-86 jest z pozoru powieścią, zbudowaną w formie zapisków osobistego sekretarza – ściślej: kierownika sekretariatu – człowieka, który zarządzał przez lat dziesięć kluczowym dla Polski województwem katowickim. Od razu zastrzegam się: narrator jest postacią przeze mnie stworzoną, a więc fikcyjną. Funkcję tę spełniało w okresie, o którym piszę kilka osób po kolei. Nie zapisały się jednak niczym szczególnym w historii regionu, stąd najprościej było z nich zrezygnować, zaś „wolną” funkcję obsadzić wymyślonym bohaterem, zarazem narratorem całości. I na tym zasadniczo kończy się fikcja. Niemal wszystkie zdarzenia, opisane tutaj mniej lub bardziej szczegółowo wydarzyły się naprawdę, choć czasami trudno w to uwierzyć. Kilka zdarzeń, które stworzyłem sam musiało w jakiejś formie wypełnić lukę w dokumentacji.
To, o czym opowiada narrator pochodzi z licznych wypowiedzi ludzi, którzy w dekadzie sukcesu spożywali okruchy z pańskiego stołu. Byli to dziennikarze, pracownicy aparatu partyjnego, urzędnicy, a nawet rodziny bohaterów. Zdarzyło się dwakroć, że nie odmówili mi rozmowy nawet byli polityce wysokiego szczebla, zażywający dziś emerytury i z dużą rezerwą spoglądający nie tylko na szefów ale i na samych siebie.
Próżno szukać na kartach tej książki większości wydarzeń, które na ogół opisywała codzienna partyjna prasa. Jeżeli już wspomnienia zahaczają o to, wtedy zawsze zaglądamy za kulisy spraw, w których kiedyś już uczestniczyliśmy, choć zdecydowanie od frontu. Były I sekretarz KW PZPR w Katowicach należy już do przeszłości. Spoczywa w poświęconej ziemi, na parafialnym cmentarzu przy ul. Francuskiej w Katowicach, u boku swej pierwszej żony Rozalii. Gdy zwierzyłem się przyjaciołom z zamiaru zebrania wspomnień ludzi, którzy czynnie uczestniczyli w reżyserowanym przezeń „Muppet Show”, wielu z dezaprobatą kręciło głowami, dowodząc że jakakolwiek forma przypominania dziś tejże postaci może być potraktowana jako pomnik, na który z całą pewnością nie zasłużył. Zapamiętałem do dziś zdanie dziennikarza, który ze smutkiem przyznając się do współuczestnictwa w cyrku lat siedemdziesiątych w województwie katowickim, nie powstrzymał się od uwagi: jeżeli w ogóle o zmarłych można mówić źle, z całą pewnością wyłom ten dotyczyć będzie byłego bonzy Śląska i Zagłębia.
A jednak zdecydowałem się zasiąść do maszyny i spośród wielu kart notatek wybrać wspomnienia moim zdaniem najciekawsze, nade wszystko zaś te, które wyświetlają rzeczy, o których czytelnik spoza regionu wie bardzo mało lub zgoła nic. Jeżeli ktoś chce potraktować to jako pomnik dla byłego sekretarza, niech poniecha tego zamiaru. Puszczanie w zapomnienie rzeczy, o których wiedzieć powinno wieli, nie zasługuje z całą pewnością na pochwałę. A prawda o postaci, którą tutaj nazywano po prostu „Piękny Lolo” musi przetrwać. Dziesięć lat pustki w historii epizodu politycznego, to stanowczo za wiele. Tym bardziej, że sami powątpiewający przyznawali, że ekipa władająca województwem katowickim w latach siedemdziesiątych była – o zgrozo! – niesłychanie barwna w swej głupocie. Do dziś krąży wśród nas zwątpienie, czy przypadkiem nie jest to lepsze od zespołu inteligentnych, acz bezbarwnych postaci, które władają ze skutkiem tak samo mizernym lub nawet tragicznym.
Choć nazwiska zostały celowo zmyślone lub przekręcone, każdy bez trudu rozpozna w galerii postaci właściwe osoby. To naprawdę nie będzie trudne.”

„Pewnego ranka, z początkiem roku 1875, mieszkańcy San Francisco przeczytali w gazecie „Chronicle” wstrząsającą historią. Kobieta strzeliła sobie w skroń, bo mąż „ wypędził ją z domu za to, że nie zgodziła się zgładzić dziecka w swym łonie. Tak powiększył się rejestr okrutnych postępków i rodzinnych niedoli”. Była to Flora Wellman, parszywa owca pionierskiej rodziny Wellmanów z Massillon, w stanie Ohio; drugą osobą dramatu był profesor W.H. Chaney, Irlandczyk, wędrowny astrolog; dziecko w łonie matki miało w przyszłości stać się znane milionom ludzi na całym świecie jako Jack London.
Notatka w „Chronicle”, choć w ostatnim wierszu przyznaje, że opis wydarzeń poddany został w wersji Flory, z poprawkami wniesionymi przez jej przyjaciół, niemniej zawiera ciężkie oszczercze zarzuty pod adresem Chaneya. Oskarża go o to, że siedział w więzieniu Tombs, że kilka swoich poprzednich żon ułożył na spoczynek „z zieloną trawką u głowy, a kamieniem u stóp”, że zmuszał Florę do ciężkiej mordęgi przy bali i najmowania się do opieki nad cudzymi dziećmi, że sprzedał meble kupione po części za jej pieniądze, że kazał jej wynieść się z domu i porzucił ją, gdy sama nie chciała odejść. W tych oskarżeniach tyle jest prawdy co w tytule artykułu: „Wygnana żona”, bo Flora Wellman nigdy żoną profesora Chaneya nie była.
Flora nie myślała nazbyt serio o samobójstwie. Rana, jaką sobie zadała, była powierzchowna. Kula znacznie większą szkodę wyrządziła Chaneyowi: historię z „Chronicle” przedrukowała cała amerykańska prasa, skutkiem czego gorycz i wzgarda ludzka zatruły profesorowi resztę życia. Krótko potem Chaney zniknął z San Francisco. Jack London nigdy nie ujrzał swego ojca.”

„- Skrzywdziliśmy człowieka – westchnęła Barbara.
- Sam się napraszał – powiedział Karolek z niesmakiem. – Przecież ci pokazywał zdjęcia! To co, zełgał?
- Poniekąd zełgał – odparł Janusz. – Szczerze mówiąc, mieli taką myśl, żeby trochę zerżnąć, ale propozycja od razu upadła. Henio ze mnie balona zrobił, ale co to jest balon w porównaniu ze świnią.
Na długą chwilę wszyscy zamyślili się, rozważając problem.
- Powinieneś to odwołać – zawyrokował wreszcie Karolek.
- Zgadza się, tylko jak?
- Nie na piśmie – rzekła stanowczo Barbara. – Nie szkalowałeś go na piśmie, więc nie musisz pisemnie odwoływać. Ustnie.
- Słusznie – powiedział Lesio z nagłym zapałem. – Obszczekałeś go, nie? No to teraz musisz to zwyczajnie odszczekać.
- Zwyczajnie odszczekać, ale do wszystkich osób, które to słyszały – dodał Karolek z nie mniejszym zapałem. – Komu o tym mówiłeś?
- Tylko wam tutaj i nikomu więcej.
- No to jeszcze dochodzi Stefan i Włodek. Też muszą być obecni. Niech który skoczy po nich!
Rychło sprowadzono Włodka i Stefana, powiadomiono ich o decyzji sprostowania opinii o Heniu i ustalono, że rzecz musi się odbyć uroczyście i niejako oficjalnie. Janusz wejdzie pod stół i na czworakach trzykrotnie ogłosi odwołanie zarzutów, szczekając pomiędzy zdaniami i na zakończenie.
Od chwili ogłoszenia wyników konkursu kierownik pracowni zaniechał zamiaru odwiedzenia psychiatry. Radosny wstrząs wydał mu się najzupełniej wystarczającym antidotum na ewentualne zaburzenia umysłowe, wynikłe z minionych udręk i zmartwień. Atmosfera w pracowni uległa jakby oczyszczeniu, rozradowany personel nabrał nowych sił, odzyskał zdrowie i nie wykazywał żadnych odchyleń od normy. Nawet Lesio zachowywał się w sposób powszechnie przyjęty, aczkolwiek w jego wypadku nieprawidłowości byłyby dopuszczalne i uzasadnione. Artystyczna natura ma swoje wymagania.
Kierownik pracowni w znacznym stopniu przyszedł do siebie i bez oporów już wchodził do wszystkich pomieszczeń w biurze, nie odczuwając gwałtownej chęci zabarykadowania się w gabinecie, ilekroć z dali dobiegały go głośniejsze okrzyki. Niepojęte sceny, które wstrząsały jego zdrowiem psychicznym, rozgrywały się zazwyczaj w godzinach nadliczbowych, tym bardziej więc w godzinach pracy nie nękały go żadne złe przeczucia.
Zebrał z biurka urzędowe dokumenty, które zamierzał omówić z zespołem, i udał się do pokoju architektów.
W chwili kiedy się zbliżał, dobiegł go dziwny odgłos, jak gdyby szczekania. Umysł jego zaprzątnięty był kwestią inwentaryzacji terenu, nie zwrócił więc na to dostatecznej uwagi, pomyślał tylko mimochodem, nieco zdziwiony, że chyba gdzieś tu jest pies. Po czym otworzył drzwi, spojrzał i zamarł.
Dookoła wysuniętego na środek pokoju stołu Karolka siedziało w kucki pięć osób ze skupionym i uroczystym wyrazem twarzy. Pod stołem tkwił na czworakach Janusz, ze skruchą wpatrzony w podłogę.
- Hau, hau, hau! – szczekał chrapliwym basem. – Henio nie jest bydlę i świnia! Hau, hau, hau!…
- Trzy razy – mruknęła ostrzegawczo któraś z pozostałych osób.
Kierownik pracowni nie silił się odgadnąć, która. Gdyby pod stołem szczekał Lesio, wstrząs byłby niewątpliwie mniejszy. Działalność Janusza niezbicie wskazywała, że to coś jest zaraźliwe, rozszerza się nieubłaganie i wbrew wszelkim sukcesom i osiągnięciom nie ominie nikogo…
- Henio nie jest bydlę i świnia! – wył Janusz stanowczo i z dziwnym naciskiem. – Hau, hau, hau! Hau, hau, hau! Hau, hau, hau!…
Kierownik pracowni osłabłą z nagła ręką zamknął straszliwe drzwi. Na uginających się nogach wrócił do gabinetu. Przypomniało mu się, że w dzieciństwie był wątły i słabego zdrowia. Sięgnął po książkę telefoniczną, otworzył ją z wolna i z wysiłkiem i znalazł słowo: „Lekarze”…”

„18 maja 1920 roku, o dziewiątej rano, nie było mnie jeszcze na świecie. Jak mi później powiedziano, urodziłem się po południu między piątą a szóstą. Mniej więcej w tym samym czasie, po południu miedzy piątą a szóstą, tyle że pięćdziesiąt osiem lat później, zostałem wybrany na papieża.”

„Kiedy byłem w gimnazjum… Adam S. Sapieha, metropolita krakowski, wizytował naszą parafię w Wadowicach… Po moim przemówieniu zapytał katechetę, na jaki kierunek studiów wybieram się po maturze…. „Idzie na polonistykę”. Na co arcybiskup miał odpowiedzieć: „Szkoda, że nie na teologię”.”

„Studia zostały przerwane na początku drugiego roku, wkrótce też zacząłem pracować w kamieniołomie… przydzielono mnie do pomocy tzw, strzałowemu…, nieraz tak się do mnie odzywał: „Karolu, wy tobyście poszli na księdza. Dobrze byście śpiewali, bo macie ładny głos, i byłoby wam dobrze…”

„Nie zapomnę słów, które w dniu 16 października 1978… wypowiedział do mnie Prymas Tysiąclecia w momencie, gdy zbliżała się decyzja konklawe: „Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać”. Bardzo mi wówczas pomógł. Mogłem odpowiedzieć na pytanie zadane mi po wyborze: „przyjmuję”.”

„Jak się Sieńce żyło w bogactwie

Historia pierwsza. O złych dobrego początkach.

Okazało się to trudne.

Na placu Łubiańskim, gdzie woźnice poją przy fontannie konie, Sieńka także poczuł pragnienie. Napiłby się kwasu, miodowego ponczu albo oranżady No i w brzuchu burczało mu z głodu. Jak długo można wytrzymać bez jedzenia? Od poprzedniego ranka nie miał w ustach ani okruszyny. W końcu nie jest jakimś mnichem pokutnikiem.
I tu właśnie zaczęły się trudności.
Normalnie człowiek ma różne pieniądze – ruble, dziesięciokopiejkówki, półrublówki. A bogacz Sieńka miał tylko banknoty pięćsetrublowe. Ani z tym wejść do szynku, ani wsiąść do dorożki. Kto ci wyda tyle reszty? Zwłaszcza jeśli jesteś ubrany z szykiem z Chitrowki – w wyrzucaną koszulę, buty z cholewkami w harmonijkę i kaszkiet z przełamanym daszkiem.
Ech, trzeba było u jubilera choć część sumy wziąć drobnymi, bo tak to człowiek może umrzeć z głodu jak ten król, o którym Sieńka się uczył w szkole. Czegokolwiek dotknął, zamieniało się w złoto, i mimo takiego bogactwa nieszczęsny władca nie mógł nic zjeść ani wypić.
Zawrócił więc Sieńka na Marosiejkę, ale sklep był zamknięty Tylko papuga Lewonczyk – widział przez szybę wystawową wytrzeszczała gały i coś wrzeszczała, ale co, nie było słychać.
Jasna sprawa: Aszot Aszotycz zamknął pracownię i wyruszył do tych jakichś lekcjonerów numizmatów, żeby zrobić prawdziwy interes na sprzedaży srebrnych prętów.
Może pójść do Taszki? I odebrać część pieniędzy z tych, które jej dał?
Ale, po pierwsze, Taszka już szlifuje bruki. A po drugie, wstyd. Podarował jej korale – i odebrał. Dał pieniądze – i chce je z powrotem. Nie, musi sobie jakoś poradzić sam.
Ukraść coś na rynku, póki nie jest zamknięty?
Dawniej, jeszcze wczoraj rano, Sieńka po prostu ściągnąłby coś ze straganu, nie namyślając się długo. Ale kraść można wtedy, kiedy człowiek nie ma nic do stracenia i ze złości gotów jest na wszystko. Jeśli jednak się boi, na pewno wpadnie. A jak tu się nie bać, gdy za pazuchą szeleści taka forsa?
Strasznie mu się chciało jeść, głodny był jak wilk. To dopiero los sobie z niego zakpił! Dwa tysiące w kieszeni, a nie można kupić precla za kopiejkę.
Sieńkę tak rozstroił ten podstępny żart fortuny że aż zatupał, cisnął czapkę o ziemię i łzy wielkie niczym groch same pociekły mu z oczu.
Stał pod latarnią i beczał jak głupi. Nagle usłyszał dziecięcy głos:
- Głasza, Głasza, patrz, taki duży chłopiec, a płacze!
Z rynku szedł malec w marynarskiej bluzie, z nim zaś rumiana baba – pewnie niańka – z koszykiem w ręce. Widocznie wybrała się po zakupy na targ, a chłopczyk chciał iść razem z nią. Baba na to:
- Skoro płacze, to pewnie ma zmartwienie. Może głodny?
I rzuciła w upuszczoną czapkę Sieńki monetę – piętnaście kopiejek.
Kiedy Skorik spojrzał na pieniążek, rozryczał się jeszcze głośniej. Poczuł się okropnie.
Nagle – brzęk! Druga moneta, miedziany piątak. Rzuciła go staruszka w chustce. Przeżegnała Sieńkę i poszła dalej.
Wziął jałmużnę i chciał od razu pobiec po jakieś bułki czy pierożki, ale opamiętał się. No dobrze, napcha brzuch, zje dwie czy trzy drożdżówki, a co dalej? Lepiej zebrać trzy-cztery rubelki i kupić przynajmniej jakąś marynarkę. Może wtedy będzie nawet można rozmienić pięćsetrublówkę.
Sieńka kucnął i zaczął trzeć oczy rękami – to już nie były łzy od serca, ale żeby wzbudzić litość. I co myślicie? Pożałował biedaka naród chrześcijański. Nie minęła godzina, a w czapce już był cały stosik miedziaków. Razem – rubel dwadzieścia pięć kopiejek.”


„Z powracaniem do domu się nie spieszę, a wprost przeciwnie, wracam jak mogę najpóźniej. Przychodzę, a syn mój już jest, siedzi przy stole w kuchni, patrząc dzikim wzrokiem. Z twarzą czerwoną od wódki. Nie zdążyłam nawet zdjąć palta, a on już pyta złym i okrutnym głosem:
- Coś ty jej jeszcze powiedziała i jakim prawem? Zaraz to chcę usłyszeć.
- Nic, synku – mówię – tylko to, co ona sama ci mówiła. A zapytałam przez zwykłą ciekawość, nie żeby ci szkodzić.
- Kłamiesz! Doradzam po dobremu przyznać się do winy!
- Nie, synku – mówię – tobie bym na pewno nie kłamała.
A on zrywa się, dobiega i bije mnie mocno po twarzy, aż padam na podłogę. Tu dalej uderza rękami i nogami, gdzie popadnie, po całym ciele. W ustach czuję krew, wszędzie ból, ale jeszcze tyle mam przytomności, że chcę podnieść się na nogi, bo tak, na leżąco, może mnie zabić. Podnieść się jednak nie mogę, gdyż, co trochę się uniosę, to znów uderzona padam. W końcu udaje mi się stanąć na czworakach i w takiej pozycji, jak zwierz jakiś, przesuwam się pod drzwi, ażeby z mieszkania uciec. Wtedy on drogę mi zastawia, czubek ubłoconego buta do twarzy przytyka i mówi:
- Masz! Powąchaj! Za to, żeś mi całe moje szczęście odebrała.
Potrzymał tak chwilę ten but, aż mu się krwią moją ubrudził, i już nowy rozkaz mi wydaje.
- Pod łóżko, jazda, bo zabiję. Na izolatce posiedzisz za to przewinienie.
Dobrze, że łóżko było żelazne, siatkowe, z dużą ilością miejsca pod spodem. Gdyby było takie jak w pokoju, meblowe, to wejść bym tam nie zdoliła, a Janusz chyba na śmierć by mnie zakatował.
Ze trzy godziny tam leżałam. Krew z nosa i ust jeszcze długo mi ciekła, zanim zastygła. Ząb jeden miałam wybity, ledwie co trzymał się dziąsła, więc go po cichu wyjęłam. Bałam się poruszyć, dopóki Janusz był w kuchni. A on palił jednego papierosa za drugim i dopiero kiedy paczka mu się skończyła, rzucił ją, tak samo jak popiół i pety, na podłogę i poszedł spać. Odczekałam, aż zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy cała sztywna z bólu, z zimna i od twardych desek wyczołgałam się stamtąd. Z dużym trudem wstałam i zataczając się, kiwając z boku na bok jak kaczka, zgasiłam światło i sama położyłam się spać.”

„Niewiele świętych pism tak mocno działało na wyobraźnię. I nie bez powodu: Apokalipsa uchodzi za księgę kryjącą tajemnice końca ludzkości. Siła ukazanych w niej wizji, powtarzające się liczne symbole, często bardzo niejasne, dramatyczna atmosfera i monumentalne sceny sprawiły, że uznano ją za istną zagadkę. Seria wystarczająco wymownych zbiegów okoliczności sprawiła, że w roku 1994 Gerard Bodson, prawnik i politolog, zebrał grupę badaczy różnych narodowości, wyznań i specjalności (teolog, informatyk, semiolog, historyk), aby podjąć próbę nowego odczytania tej najbardziej złożonej i wywołującej najwięcej kontrowersji z biblijnych ksiąg. W miarę postępów w badaniach z wolna zaczęła się przed nimi odsłaniać niepokojąca prawda: Apokalipsa zawiera zaszyfrowane przesłanie. A klucz do niego, niewiarygodnie dokładny, daje potomnym sam autor, święty Jan, zwany Wizjonerem z Patmos. Posługując się owym kluczem, badacze przez cztery lata sukcesywnie rozszyfrowywali tekst apostoła i odsłaniali tajemnice, których dotąd nikt nie zdołał zgłębić, by wreszcie zbliżyć się do tej najważniejszej – dotyczącej przyszłości. Początkowo nie zamierzali publikować wyników swych dociekań. Ze względu na to, co odkryli, i ponieważ dotyczyło to losu miliardów ludzi, uważali, że nie mają prawa zasiewać niepokoju. Jednakże we wrześniu 1998 roku zdarzyło się coś, co potwierdziło trafność ich odkryć – wówczas zmienili decyzję.”


  • RSS