moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2006


„Już Katon powiedział – usłyszała z głębi korytarza Gabrysia – że złodzieje okradający osoby prywatne kończą życie na postronku i w kajdankach, zaś złodzieje grosza publicznego – w złocie i w purpu… – te ważkie słowa ojca przerwało trzaśnięcie drzwi wejściowych i na chwilę zapanowała cisza. Rodzice udali się na wiosenny spacer, bo też pogoda nadal była miła, ciepła i bezwietrzna, słońce przygrzewało, a chłód wieczoru jeszcze nie zdołał wypełznąć z chaszczy, porastających rozległy, pusty teren w dole pomiędzy ulicą Roosevelta a torami kolejowymi. Napływała za to stamtąd woń jakichś dziko kwitnących krzewów i młodej trawy.
Rodzice oddalali się powoli w dół Roosevelta, trzymając się za ręce, rozmawiając z ożywieniem, zwróceni głowami ku sobie. Gabriela zdała sobie sprawę, że tych dwoje nigdy się ze sobą nie nudzi. Wśród codziennych, zwykłych spraw, uczucie, które ich połączyło jeszcze w szkole, przesłonięte ich ironią, żartami i sporami, wieczną krzątaniną i ciągłą wymianą zdań na wszystkie możliwe tematy, przetrwało aż do dzisiaj, tak samo dyskretne i niezniszczalne, jak złote obrączki na ich palcach.
Szczupli i drobni oboje – z latami coraz szczuplejsi i bardziej przygarbieni – oddalali się teraz w stronę Parku Sołackiego i wyglądali tak, jakby mieli już nigdy nie wrócić. Gabrysia z trudem opanowała głupi odruch: miała ochotę dogonić ich, objąć ramionami i iść z nimi dalej, ochraniając ich i strzegąc. Ale tymczasem to ją ktoś objął i mocno ścisnął w pasie: Józinek, jej ulubiony siostrzeniec.
- Idziemy? – spytał raźno, wznosząc ku niej bystre oczy.
- Dokąd? – potargała go za rudą grzywkę.
- Do kina!!! Nie pamiętasz? Mieliśmy iść na ten film o niedźwiedziu. Łusia już się ubrała w czerwoną spódniczkę. A Ignaś już stoi przy drzwiach.
- A Ignasiowi to ja obiecałam lody z kremem.
- Od biedy może być i to, i to – odparł siostrzeniec i błysnął rozbrajającym uśmiechem.
- Poczekajcie wszyscy przed domem, będzie wam łatwiej. A ja tylko się przebiorę i juz lecę.
- Przecież i tak włożysz koszulę wujka i dżinsy – powiedział pobłażliwie Józinek.”

„Zatytułowałem tę książkę „Chmielewska dla zaawansowanych”, gdyż z pewnością może ona zainteresowań tych wszystkich, którzy pani Joannie wiernie od zawsze towarzyszą, znają na pamięć Jej książki, którzy stowarzyszają się w celu wymiany opinii o dorobku Pisarki. Ileż to osób w mojej obecności zwierzało się autorce „Wszystko czerwone”, że znacząco wpłynęła na ich różne zachowania i wybory, że ukształtowała w istotnym stopniu ich osobowość. Ba! Niektórzy wyznawali wręcz, iż jest dla nich najważniejszą postacią po matce albo że uratowała im kiedyś życie! Proszę mi wierzyć, to nie były przypadkowe stwierdzenia, ale deklaracje często się powtarzające, nie tylko w trakcie podpisywania książek. Kiedyś u pani Joanny zjawił się nawet pewien grafik komputerowy z syberyjskiego Tiumienia, który tak ułożył swój wakacyjny zagraniczny wyjazd, aby zahaczyć o Polskę i o mieszkanie przy Dolnej. Pragnął podziękować ulubionej literatce. Obrazy tego przemiłego Rosjanina, który przebył ponad cztery tysiące kilometrów po to tylko, aby wręczyć podarek, ozdabiają od tamtej wizyty pracownię Pisarki. Prezentują się efektownie, podobnie zresztą jak cały dom i jak inne suweniry od wdzięcznych czytelników. Mnie osobiście najbardziej wzrusza jajko, stylizowane na wyrób typu Faberge, ręcznie, niesłychanie pracowicie wyklejane przez skromną starszą panią, mieszkankę Moskwy, z mnóstwa wielobarwnych koralików, naśladujących odcienie dukatowego złota oraz rubinu.”

„Przede mną, na szosie, palił się samochód.
Nie całkiem na szosie, trochę z boku, na drzewie, co nie przeszkadzało, że hamować zaczęłam od razu po wyjściu z zakrętu. Zanim się zatrzymałam tuż za nim, zdążyłam pomyśleć, że primo, mam gaśnicę, a secundo, jeśli nie wybuchł do tej pory, nie wybuchnie chyba i teraz.
Majaczyło mi się, że tę gaśnicę mam w bagażniku. Zajrzałam, rzeczywiście, czerwienią rzucała się w oczy, instrukcji obsługi obok nie było, a nawet gdyby była, nie miałam czasu jej szukać. Coś tam jednakże pamiętałam o jakiejś zawleczce. Szarpnęłam, przycisnęłam wajchę, zadziałało.
Dość nieudolnie sikając pianą na ogień, zastanawiałam się, czy taka rzecz da się ponownie napełnić, czy też ona jest jednorazowa. Wszystko jedno, bez względu na skutek, nie pożałowałam produktu. Ogień zgasł. Pod pianą ujrzałam coś, co sprawiło, że odsunęłam się na taktowną odległość.
I co niby miałam zrobić teraz? Odjechać? Szukać glin? We Francji, w Danii, w Niemczech natykałam się na słupki z telefonami na każdym kroku, ale tu był mój własny kraj, telefonom jakoś przeciwny. Znajdowałam się na zwyczajnej szosie zdumiewająco pustej, no dobrze, pociągnę sto czterdzieści, mój samochód potrafi, przelecę tą szybkością przez wszystkie wsie i miasteczka, gliny mnie, oczywiście, złośliwie nawet nie zauważą. Ale może znajdę gdzieś komisariat…?
Komisariat znalazłam wręcz błyskawicznie. Kiedy razem z glinami wróciłam na miejsce katastrofy, był tam już tłok, który rozładował sie w imponującym tempie. Każdy zwalniał, stwierdzał, że nic nie pomoże, i pryskał z miejsca, za skarby świata nie chcąc robić za świadka. Jako świadek, zostałam in sama, i też do niczego.
- Wyprzedził panią gdzieś po drodze? – spytał sierżant, a możliwe, że starszy sierżant.
- Nie – odparłam i ugryzłam się w język. Nic mnie nie wyprzedzało, przeciwnie, to ja wyprzedzałam wszystkich, ale do ulubionej szybkości nie zamierzałam się przyznawać. Jeszcze mi tylko mandatu brakowało!
- Znaczy, jechał przed panią. Skoro dogoniła go pani, jak już sie palił, nie mogła pani widzieć wypadku. Szkoda. No nic, dojdziemy.
Sama byłam ciekawa, jak na tej prostej i suchej szosie mógł przelecieć przez rów i trzasnąć w drzewo. Zeby zakręt, to jeszcze, ale łagodny zakręt został z tyłu, No, rów był płytki… Coś mu się stało? Gdyby stracił przytomność, noga by mu zwiędła na pedale, szybkość by spadła. Może coś z samochodem? Przednie koło, układ kierowniczy…?
- Co to w ogóle jest, bo nie mogę rozpoznać? – spytałam.
- Peugeot. Co tam? Cos macie?
Nie wszystko spłonęło, numer rejestracyjny dało sie odczytać, policja toczyła żywą konwersację na odległość. Usłyszałam, co mówią.
- Wierzbiński. Waldemar. Wiceminister handlu zagranicznego…
O, ho, ho…!”

„15 kwietnia 2000 (pociąg gdzieś w Niemczech)

Kochana Kasiu!
Nie odzywałam się wieki, wiem, wybacz, proszę, ale naprawdę miałam powód. Cały grudzień przeleżałam w szpitalu, dwa razy mnie operowali. Mam raka… Wiem, że to niedobre wieści, i zawsze zastanawiam się, czy o tym pisać. Postanowiłam, że tak, bo żadna w tym moja wina. Tyle szczęścia, że rak zaatakował jajniki – więc można wyciąć. Szczęście dla lekarzy – dla mnie nie. Nie będę mogła mieć dzieci, jeśli oczywiście z tego wyjdę. Udało mi się, że w tym czasie byłam w Brukseli, miałam pełne ubezpieczenia i trafiłam na świetną lekarkę. Teraz to wszystko trwa jeszcze jak straszny sen – chemioterapia za chemioterapią, bolesne zabiegi, w maju jeszcze jedna operacja.
Ciągle myślę, że to niemożliwe, bym miała umrzeć. Trwamy ze Svenkiem przy tej myśli jak szaleni. Nie może być inaczej! Próbuję żyć normalnie, choć czarne myśli nawiedzają mnie wieczorami, gdy nie mogę zasnąć.
W Brukseli, jak wiesz, mieliśmy zostać do lutego! Moja choroba i to wszystko, co się zdarzyło, zadecydowała o tym, że zostajemy w Belgii na dłużej. Ja muszę mieć dobrą opiekę, a wiesz, jak jest w dobie reformy służby zdrowia w Polsce. Zlikwidowaliśmy mieszkanie na Baboszewskiej, wynajęliśmy wspaniałe poddasze w Brukseli i powoli wracamy do życia.
Sven szuka pracy, ma już na oku pracę jako asystent posłanki w Parlamencie Europejskim. Ja na razie nie mogę nic robić, choć tak naprawdę jestem w dość dobrej formie. Czasami ludzie myślą, że leżę w łóżku i nic nie mogę robić, ale tak nie jest. Żyję jak przedtem, z krótkimi przerwami na chemioterapię, po której kilka dni jestem zmęczona. Zostały mi jeszcze dwie chemioterapie i potem zacznę szukać jakiegoś zajęcia, choć pewnie nie będę mogła pracować w szalonym tempie dziennikarskim. Mam już propozycję współpracy od 1 programu TVP (jakaś emisja o Unii Europejskiej). Na razie jednak trzeba czekać i żyć, jakby tej choroby w ogóle nie było.
W Brukseli podoba nam się bardzo. Takie fajne, niezbyt duże, międzynarodowe miasto. Istna wieża Babel. Warszawy tak naprawdę nie lubiliśmy, więc nie było czego żałować. Trochę szkoda przyjaciół – ale oni zawsze mogą nas na zgniłym zachodzie odwiedzić.
Ja ciągle uczę się języków: niemiecki, angielski, chcemy z Mackiem zapisać się na hiszpański. Próbuję pisać artykuły do gazet, ale jeszcze nie mam śmiałości ich wysłać. Wiesz, że nigdy nie pisałam.
I tak powoli toczy się nasze życie. Mam nadzieję, wierzę, że wszystko będzie dobrze.
Piszę ten list na tak marnych kartkach, ale zapomniałam zabrać innych, a chciałam do ciebie napisać.
Kasiu, odezwij się, proszę! – Tam”

„Pożegnawszy się uprzejmie z łysym bratem sekretarki (ten depilował sobie pęsetą fioletową jak u siostry brew i nawet nie spojrzał na wychodzącego), Korespondent w głębokiej zadumie opuścił biuro Fandorina.
Kilka razy nacisnął guzik windy, aż wreszcie się zorientował, że kabina nie przyjedzie. W czasie, który Korespondent spędził w „Kraju Rad”, skrzypiący dźwig zdążył się zepsuć. Widać taki już dzisiaj pechowy dzień, że człowiek musi dreptać po schodach – to w górę, to w dół.
A co tam, zejście z czwartego piętra to drobiazg, nogi mu nie odpadną.
Korespondent szedł w stronę okna i mrużył oczy – przez zakurzoną szybę świeciło słońce, jak na listopad było niezwykle pogodnie i ciepło.
Siedem razy odmierz, zanim raz odetniesz, mamrotał Korespondent pod nosem. To była lekcja, dobra lekcja na przyszłość. Bo działamy zbyt pochopnie. Choćby teraz. Wszystko świadczyło o tym, że to drań, kłamca, a przy bliższym poznaniu i spojrzeniu w oczy – okazało się, że jest człowiekiem. Jeśli okazano ci takie zaufanie, jeśli dano ci taką władzę, musisz działać bardziej odpowiedzialnie, nieschematycznie. Bo tam nie będą się długo zastanawiać, raz, dwa i gotowe. Jeszcze mogłyby ucierpieć niewinne dzieci, jak wtedy, w mercedesie. W Sodomie i Gomorze też pewnie były małe dzieci, które nie brały udziału w bezeceństwach dorosłych, a przecież i na nie wylał Pan ogień i siarkę – zniszczył wszystkich, co do jednego. A kto zawinił? Nie Bóg, ale Lot. To on, boży pełnomocnik, miał obowiązek pomyśleć o dzieciach i przypomnieć o nich zwierzchności. Też był, rzec można, Korespondentem. To poważna funkcja. Przecież w redakcji, zanim wysłano człowieka w długoterminową delegację, wielokrotnie go sprawdzano i instruowano. Żeby zrozumiał, że własny korespondent to oczy i uszy gazety, i to nie byle jakiej, ale czołowej gazety najważniejszego kraju. I była to tylko gazeta, a tu mamy do czynienia ze znacznie wyższą instancją.”


  • RSS