moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

„Były to ostatnie bezpieczne i beztroskie chwile dzieciństwa Roba, on jednak w swojej nieświadomości uważał obowiązek pilnowania ojcowskiego domu, braci i siostry za dopust Boży. Tak wczesną wiosną słońce stało jeszcze na tyle nisko, że ciepłymi liźnięciami sięgało pod okap strzechy, Rob więc rozsiadł się na pochyłym szorstkim kamieniu przed drzwiami od ulicy i z lubością się wygrzewał. Ulicą Cieśli zbliżała się jakaś kobieta, ostrożnie stawiając stopy między wybojami w bruku. Bruk wymagał naprawy, tak samo jak większość nędznych wyrobniczych domków skleconych byle jak przez rzemieślników, którzy na życie zarabiali stawianiem porządnych domów dla ludzi bogatszych, cieszących się większym powodzeniem.

Rob miał do wyłuskania koszyk wczesnego groszku i jednocześnie starał się nie spuszczać z oka młodszego rodzeństwa, co pod nieobecność mamy było jego obowiązkiem. Sześcioletni William Stuart i czteroletnia Anne Mary grzebali się w ziemi przy domu, wśród chichotów oddając się swoim tajemniczym zabawom. Jonathan Carter, półtoraroczny malec, bełkotał z sytości leżąc na kożuszku, nakarmiony papką z chleba i poklepany po plecach, póki mu się nie odbiło. Siedmioletni Samuel Edward wymknął się Robowi. Sprytny Samuel zawsze umiał się wymigać od pomocy, toteż Rob rozglądał się za nim z oburzeniem. Łuskał strączki jeden po drugim, jak mama wydłubując groszek z woskowych dołków kciukiem, i nie przerwał swego zajęcia, gdy zobaczył, że ta kobieta zmierza prosto do niego. Mięsistą twarz miała jaskrawo wymalowaną, a sznurówka poplamionego stanika tak wysoko podnosiła jej piersi, że przy pewnych ruchach łyskały z niego uróżowane brodawki. Rob J. liczył sobie ledwie dziewięć lat, ale dziecko Londynu zawsze pozna ulicznicę.
- Hej tam, to dom Nathanaela Cole’a?

Przyjrzał się jej z niechęcią, gdyż nie pierwszy to raz ladacznica pukała do ich drzwi pytając o ojca.
- A kto pyta? – burknął, zadowolony, że ojciec wybrał się szukać pracy, a mama poszła odnieść hafty i może uniknąć kłopotliwego spotkania.
- Żona go potrzebuje. Od niej przychodzę.
- Co mówicie? Jak to: potrzebuje go?

Zręczne dziecinne palce przerwały łuskanie groszku.
Nierządnica przyjrzała mu się chłodno, po tonie jego głosu i zachowaniu zgadując, co o niej sądzi.
- To twoja matka?
Skinął głową twierdząco.
- Zaczęła ciężki poród. Jest w stajniach Egglestana przy Puddle Dock. Lepiej poszukaj ojca i mu powiedz – powiedziała i odeszła.
Rozejrzał się, nie wiedząc, co począć.
- Samuel! – zawołał, lecz przeklęty Samuel jak zwykle zapodział się nie wiadomo gdzie, Rob oderwał więc Williama i Anne Mary od zabawy. – Zajmij się małymi, Willum – przykazał, po czym zostawił dom i pobiegł ile sił w nogach.”

„Wróciłam do Łosinka późnym wieczorem, miałyśmy z Kasią jeszcze wiele do obgadania. Na ganku zderzyłam się z mężem mojej siostry, wyraźnie wściekłym. Burknął coś krótko i zniknął w podwórzu z miną człowieka zajętego sprawami niecierpiącymi zwłoki. Pytająco popatrzyłam na stojącą w drzwiach Ewę.
- Kłopoty?
- A gdzie tam! Zdarzył się pewien zabawny incydent, z którego jeszcze niedawno byśmy się razem śmiali, ale teraz uważa go za katastrofę, kompromitującą go na niwie politycznej.
Zaintrygowała mnie. Męża mojej siostry najwyraźniej nie kompromitowały śmiałe operacje gospodarcze, dwanaście kundli mojej siostry, córka szukająca skarbu praprababki z Szypułkowskich Szetkiewiczowej, a teraz nagle uważa, że przydarzyło mu się coś skandalicznego. Ciekawe co?
Usiadłam na jednym z fotelików, który pozostał po projekcie z kawiarenką, i podsunęłam Ewie drugi.
- Opowiedz, co się stało – poprosiłam. – Może chociaż my się pośmiejemy.
- Tam w parku – machnęła ręką w stronę dębowego lasu nad rzeczką – zdarzają się ostatnio napady na przechodniów, wracających ze stacji. Zabierają ludziom pieniądze, zegarki, biżuterię. Policja już parę razy robiła obławy, ale nikogo nie udało jej się złapać.
- Tuż koło was? – zaniepokoiłam się. – Ależ to okropne!
- Mamy w domu kałasznikowa – przypomniała mi Ewa – a poza tym wyjeżdżam po dzieci na stację samochodem, jeżeli późno wracają z Warszawy. Normalnie staramy się wieczorem nie chodzić przez park, ale dzisiaj Adamowi bardzo się spieszyło i nie poszedł okrężną drogą przez osiedle. Ledwie wszedł między pierwsze dęby, usłyszał, że ktoś za nim idzie. Przystanął na chwilę – ten ktoś też się zatrzymał, ruszył dalej – tamten też. W końcu Adam odwrócił się niespodziewanie, znasz mojego męża, do bojaźliwych nie należy, i stanął oko w oko z jakimś drabem. „Pan sobie czegoś życzy? – zapytał groźnie. „Przepraszam pana bardzo – mówi grab – ale zegarek mi stanął. Mógłby mi pan z łaski swojej powiedzieć, która godzina?”. Mój mąż odwinął mankiet, ten obcy facet przysunął się bliżej, ponieważ ciemno już było, zapalił zapałkę, przytrzymał Adama za przegub, przyjrzał się zegarkowi i woła: „Ale późno się zrobiło! Muszę pędzić do domu!”. I zniknął, a Adam poszedł dalej. Po jakimś czasie sam zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście tak już późno. Chciał zerknąć na zegarek, odsunął mankiet, patrzy na przegub: zegarka nie ma! Facet świsnął mu zegarek, a on tego nawet nie zauważył. Zatrzęsła nim szewska pasja, ułamał porządnego dębczaka i pognał w kierunku, a którym zniknął nieznajomy. Dogonił go, zastąpił mu drogę z tym dębczakiem w ręce i mówi: ”Oddawaj zegarek, ale już!”. Facet popatrzył na dębczak, bez słowa podał Adamowi zegarek, po czym nagle czmychnął w krzaki i ślad po nim zaginął. Mąż mój wahał się przez chwilę, ale w końcu zrezygnował z pościgu, bo naprawdę bardzo się spieszył. W domu opowiedział mi całą tę historię, dumny, że jednak nie dał sobie w kaszę dmuchać, a ja się okropnie zdenerwowałam, bo przecież to bez sensu życie dla głupiego zegarka narażać. „To nie jest żaden głupi zegarek – obraził się na to mój mąż – to jest złota doxa po dziadku” – i podtyka mi ją pod nos. Patrzę, a to wcale nie żadna doxa po dziadku, tylko pobieda, patrzę lepiej, a wyżej nad tą pobiedą jest zapięta doxa. „Jezus Maria – mówię – przecież ty masz dwa zegarki! Zabrałeś facetowi zegarek!”. Męża mojego zamurowało. Przez dobrą chwilę stał jak słup soli i z otwartymi ustami gapił się na swój przegub, jakby go po raz pierwszy w życiu widział, myślałam, że zemdleje. Potem ocknął się i razem pobiegliśmy na posterunek. Jak tylko Adam zaczął: „Panowie, miałem dziś taki przykry incydent w parku…” – policjant wykrzyknął: „Co się w tym parku, u kurwy nędzy dzieje? Przed sekundą dosłownie wyszedł gość, któremu jakiś bandzior z dębczakiem w ręku drogę zastąpił i zegarek kazał oddać, a teraz pan! W Los Angeles jesteśmy czy co? A pana, panie Adamie, w którym miejscu napadli? Ilu ich było, potrafiłby pan ich opisać?”. Szkoda, że cię przy tym nie było. Adam cierpiał straszliwe męki, a policjant tak kwiczał z radości, że omal z krzesła spadł. Jeszcze kolegów zawołał, żeby też się pośmiali. Tylko mojemu mężowi zupełnie nie było do śmiechu i teraz się wścieka, bo pewnie jutro całe miasto o niczym innym nie będzie mówiło.

Istotnie, następnego dnia każdy, kogo Adam spotkał na ulicy, niewinnym głosem pytał go o godzinę. Do mojego wyjazdu, ile razy w domu padło pytanie: :Która właściwie jest godzina?”, mąż mojej siostry opuszczał pokój, trzaskając drzwiami.”

„Dostanie się do pałacowych piwnic okazało się jeszcze łatwiejsze, niż Cornelius przewidywał. Kiedy muszkieterowie już objęli wartę (wcześnie rano, jeszcze przed świtem), kapitan usunął część przysypanych śniegiem polan, zostawiając za stertą wąskie przejście do zardzewiałych żelaznych drzwi. Zamek otworzył kindżałem, zawiasy nasmarował olejem rusznikarskim. Potem, obszedłszy posterunki, wrócił w to samo miejsce i wśliznął się do środka.
Wewnątrz również leżały polana – i to chyba niejeden rok, gdyż z wierzchu zasnuwała je pajęczyna. „Jakie to typowo rosyjskie – myślał von Dorn, ostrożnie przesuwając się wzdłuż ściany ze świecą w ręce – zgromadzić zawczasu więcej dobra niż trzeba, a potem je zostawić, porzucić – niech zgnije”.
W drugim końcu pomieszczenia odkrył jeszcze jedne drzwi, takie same jak pierwsze, tyle że z zamkiem nie miał żadnego kłopotu, go ten tak przerdzewiał, ze wystarczyło jedno dotknięcie ostrzem, by się otworzył. Corneliusowi buchnęła w nozdrza woń stęchlizny – przechowywano tu wędzone szynki, zapleśniałe i już napoczęte przez szczury. Kapitan czym prędzej minął cuchnącą podziemną spiżarnię i wszedł do sąsiedniego, pustego pomieszczenia. Prowadziło stamtąd dwoje drzwi – jedne, na lewo, do wąskiej galerii, drugie, na prawo, do długiej amfilady niskich, łukowato sklepionych piwnic. Cornelius zajrzał i tu, i tam, ale nie zapuszczał się dalej w głąb podziemi. Jak na pierwszy raz, to było dość.

Na wartę do Kremla kompania wyruszała co czwarty dzień, dlatego dalszy rekonesans kapitan mógł przeprowadzić dopiero dziewiątego stycznia. Tego dnia zbadał amfiladę, starannie opukując każdy arszyn podłogi. Przed końcem służby udało mu się odwiedzić podziemia cztery razy. Sprawdził dwa pomieszczenia i jedną małą komorę. Niestety, wszędzie odpowiadało mu tylko głuche echo.”

„- No, co tak się gapisz? – burknęła. – Rykwo jedna ty.
Ania nadęła się z obrazy.
- Nie nadymaj się, nie nadymaj – skarciła ją Laura. – Po co masz wyglądać jak ropucha. Ale też narobiłaś kłopotu! Kieliszek! He, he. Dobrze, żeś sobie nie wpakowała do buzi żarówki!
A Ani uszło powietrze.
- Żarówki? – powtórzyła.
- Żarówki, żarówki. Czytałam w internecie o takim przypadku – Laura dołożyła sobie sałatki, po czym kontynuowała: – Jeden chłopak się założył w dyskotece, że włoży w usta żarówkę. I potem nie mógł jej wyjąć.
- Jak to? – zainteresował się Józinek, do wyobraźni którego przemówiła techniczna strona zagadnienia.
- Nie wiem – mruknęła Laura ze znudzeniem. – Nie mógł i już.
- Niemożliwe – rzekł Józinek z przekonanie,. Co też ta dziewczyna gada. Skoro włożył, to i wyjął, to chyba logiczne. Usta są bardzo rozciągliwe, żarówka gładka. Naprawdę nie widział problemu.
- Co: niemożliwe? Smarkacz jesteś! – obraziła go Laura, łypiąc na niego złym okiem. – Nie kłóć się ze starszymi i mądrzejszymi od siebie. Pamiętaj zawsze, że dorośli wiedzą co mówią.
Akurat wiedzą. Taka sama prawda, jak to, że ona jest dorosła. Zdenerwowała go, naprawdę. Ani myślał tu siedzieć. Powstał z godnością i wszedł do łazienki. Teraz jego kolej.
Stanął przed umywalką i zobaczył żarówkę.
Leżała na półce pod lustrem. Szklaną gruszkę pokrywał od wewnątrz ciemny nalot. Przepalona. Można by sprawdzić, czy Laura miała rację.
Opłukał żarówkę z kurzu i ostrożnie wytarł ręcznikiem, po czym, trzymając za oprawkę, włożył ją w szeroko otwarte usta. No i co. Wielkie mi rzeczy.
Spojrzał na siebie w lustrze – nawet śmiesznie wyglądał, z tym gwintem sterczącym z gęby. Naciągnięte policzki oblegały charakterystyczny gruszkowaty kształt.
Złapał za oprawkę i pociągnął.
Ale żarówka nadal tkwiła w jego ustach.
Coś niezrozumiałego stało się też z jego szczękami. Zablokowały się, jakby je kto zacementował.
Spróbował użyć języka jako dźwigni, ale to było niemożliwe. W lustrze ujrzał swoje okrągłe oczy, pełne paniki.
Wypadł do kuchni. Nie było, niestety, innej drogi, a więc i innego sposobu, by spotkać babcię – jedyną istotę zdolną mu obecnie pomóc. Trafił prosto na Laurę, która siedząc za stołem, z kiełbaską na widelcu, zamarła na jego widok i wybałuszyła oczy.
- Na Jowisza! – powiedziała. – Ten idiota to zrobił.”


  • RSS