moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

„KATARZYNA DO ADELI
(odpowiedz nadawcy)

Czy pani już kompletnie oszalała? Co to znaczy: siwy kok? Ja, niby mam być sędziwa, czy jakiej tam pani użyła obelgi? To pani jeszcze nie widziała naprawdę sędziwej osoby. Moja ciotka miała sto dwa lata, kiedy wypijała szklaneczkę samogonu i wsiadała na konia! Inna rzecz, ze potem z niego przeważnie spadała i trzeba było specjalnie uważać, żeby nie zleciała na ziemię, bo by się, biedaczka zabiła! Kuzyn Ksawery zawsze czuwał i podstawiał ramiona. Ostatecznie zeszła z powodu marskości wątroby w wieku lat sto trzech i pół.
Zostawmy jednak kuzyna Ksawerego i ciocię Lilię. Tu chodzi o panią i pani wykręty.
Nie wierzę ani jednemu słowu. Patykowatym kapitanem mydli mi pani oczy cynicznie, wcale pani na niego nie leci, ja się na tym znam, wiem, jaki są objawy prawdziwego oczarowania i te objawy stwierdzam u pani w odniesieniu do Tymona Wojtyńskiego! Więc bardzo panią proszę jeszcze raz – niech pani włączy to urządzenie które wszyscy mamy w mózgu, a które się nazywa rozsądek! Tymon nie jest dla pani!
Na relanium mogę pani przysłać receptę, mam znajomego psychiatrę.
A teraz idę spać, czego i pani życzę.
Niech pani uważa, bo w podróży łatwo się przeziębić, zwłaszcza latem. Wieczory bywają zdradliwe, zwłaszcza przy takich upałach, a prognozy mówią o trzydziestu stopniach codziennie jeszcze przez tydzień.
Ściskam. Katarzyna.”

„Wszystko, co najważniejsze w moim życiu, wiąże się z Aleksandrem. Znaliśmy się cztery lata przed ślubem. Pierwsze spotkanie w Szkole Dramatycznej, do której zapisałam się w tajemnicy przed moimi rodzicami. Przyszedł na zakończenie pierwszego roku moich studiów. Był „bal”, zaproszono aktorów, pisarzy i malarzy. Pamiętam dobrze, że była wtedy Eugenia Umińska, Stanisława Wysocka, Aleksander Zelwerowicz, Broniszówna, o której nie wiedziałam, że będzie moją szwagierką, i wielu innych wspaniałych aktorów; był Iwaszkiewicz z przyjaciółmi pisarzami, no i zjawili się futuryści – Anatol Stern, Aleksander Wat i inni. Jeszcze teraz na myśl, że mogłam nie być w Szkole Dramatycznej, że nasze drogi mogły się nie skrzyżować, dostaję gęsiej skórki. Wydaje mi się, że życie moje byłoby chybione, nieważne, nieistotne. I bardzo ubogie. Mam ciągle uczucie, chociaż jestem chyba niewierząca, że musieliśmy się spotkać, że było to nam z góry przeznaczone. Mam w sobie tę wiarę w konieczność pojawienia się w życiu moim Aleksandra. Myślę, i on czuł to samo, że byliśmy sobie przeznaczeni.”

„Osiodłała klacz Moniki i zjechała w dolinę. Sołtys, widząc, że kobieta kieruje się w jego stronę, zaklął. Przez chwilę rozważał, czy nie ukryć się w domu, ale się nie zdecydował. Czuł, że wyłamałaby drzwi i wyciągnęła go siłą spod łóżka… Zatrzymała się w miejscu, gdzie resztki palików wyznaczały linię nieistniejącego od lat płotu.
Nie była wysoka, jednak siedząc na koniu, górowała nad chłopem. Chłodne, niebieskie oczy patrzyły ostro i przenikliwie. Zdjął czapkę i stanął na baczność, skarcił się w myślach, dał sobie „spocznij”, ale spostrzegł, że jego ciało znowu pręży się jak struna.
- Jesteś tu sołtysem? – Przechyliła głowę.
- Jestem. Właściwie to byłem – wykrztusił. – Yyyyy… No bo…
- Wiem – ucięła krótko. – Ile takich zombi macie na stanie? – Spojrzała – z odrazą na Macieja, który wymiotował przewieszony przez pobliski płot.
- W Kruszewicach mamy czterech ludziów. – Józef złożył z trudem w miarę – poprawne zdanie.
- Cztery osoby – poprawiła go. – Reszta uciekła?
- A na co mieli czekać?
- Na mój powrót. – Uśmiechnęła się olśniewająco.
Strasznie chciało mu się zakląć, ale kobieta trzymała w dłoni szpicrutę i jakoś tak mu się wydało, że jeśli rzuci mięchem, oberwie natychmiast przez łeb.
- Zwołaj na piętnastą zebranie mieszkańców. Obecność obowiązkowa. Macie tu – odpowiednią salę?
- O, tamoj klub był. – Wskazał barak z nieco zapadniętym dachem.
- Może być – mruknęła. – Potem postawi się coś lepszego.
- Co powiedzieć ludziom? – zapytał.
- Spojrzała na niego zaskoczona. Przygłup jakiś czy co?
- Że mają przyjść – wytłumaczyła raz jeszcze cierpliwie.
- A jak zapytają, po co?
- Odbędzie się zebranie na temat przyszłości wsi i majątku. To i owo chcę tu – zmienić. Zapewne będą chcieli poznać moje plany. – Wzruszyła ramionami i spiąwszy konia, odjechała.
Były sołtys poskrobał się po głowie. Od początku wiedział, że będą problemy, ale nie sądził, że aż takie.
Pozostali schodzili się niechętnie, z obawą, ale o oznaczonej godzinie pojawili się na miejscu. Stanisława w towarzystwie kuzynki i Moniki stanęła przed drzwiami baraku i spojrzała z niechęcią na zardzewiałą kłódkę.
- Poproszę klucz – poleciła.
Najlepszą metodą błyskawicznego narzucenia ludziom władzy jest wydanie kompletnie niewykonalnego polecenia. Trafiła bez pudła.
- Zgubiony jeszcze z dziesięć lat temu – wybąkał sołtys.
Kiwnęła głową i spojrzała znacząco na Monikę. Księżniczka uśmiechnęła się i bez trudu wyrwała gołą ręką skobel. Zaszemrali ze zdumienia. Weszli do środka, płosząc myszy, które rzuciły się do panicznej ucieczki. Niewielkie pomieszczenie dawnej świetlicy zawalone było resztkami mebli. Ściany, murowane z pustaków, były kiedyś obite drewnopodobną boazerią. Obecnie pozostały z niej tylko łaty i listwy cokołowe. Kable wyszarpano. Linoleum kryjące pozarywaną podłogę było nieprzyjemnie szare. Betonowy strop znaczyły rdzawe zacieki: żelazne pręty korodowały pomalutku. Przez dwa brudne, zakratowane okna wpadało trochę światła. Mniej więcej jedną piątą sali zajmowała drewniana scena.
-Krzesło – zadysponowała dziedziczka.
Sołtys rzucił się w stronę stosu połamanych mebli, wyszukał taboret, przetarł go ofiarnie własnym rękawem i ustawił na podwyższeniu. Usiadła. Patrzyła teraz na zebranych z góry.
- Wiem, co wam chodzi po głowach – powiedziała. – Wasi przodkowie byli – chłopami pańszczyźnianymi mojej rodziny jeszcze przed opuszczeniem Kruszewic Nowych na początku siedemnastego wieku. Znacie nasze rodzinne legendy.
- A jakże. – Brygadzistka Hanka wytarła usta dłonią. – Opowieść o pannie – Stanisławie, która zarżnęła męża, napiła się jego krwi i już się nie zestarzała, i nie umarła…
Alchemiczka przechyliła głowę i otaksowała spojrzeniem brudną, starą babę.
- Dziadkowie opowiadali – dodał Maciej. – Ostrzegali, że możesz wrócić, ty – wampirzyco…
- Co do męża, należało mu się. – Wzruszyła ramionami. – I nie czuję – najmniejszych wyrzutów sumienia. – Twarze pobladły. – Ale co do reszty, mylicie się całkowicie – zaprotestowała z godnością. – Nie jestem wampirem.
- Ja jestem – nagle odezwała się siedząca na parapecie okna Monika i dla – potwierdzenia słów strzeliła ssawką.
Mieszkańcy przeżegnali się odruchowo.
- Czego od nas chcesz? – zapytał sołtys. – Krwi? Złota ani pieniędzy nie – mamy…
- Majątek wznawia działalność. Potrzebuję pracowników. Dam dobre warunki – i nieźle zapłacę. W zamian oczekuję wydajnej pracy.
- A co, znaczy, trzeba by robić? – zainteresował się Heniek.
- Na początek głównie karczowanie krzaków i prace ziemne. Potem trzeba będzie – poprawić nawierzchnię drogi, znajdzie się robota przy ciesiołce, ścince drzew i murarce.
- E, to nie dla nas. – Rozczarował się z miejsca.
- A co byś chciał? – Spojrzała na niego badawczo.
- Traktorzystą byłem. – Wypiął dumnie zapadłą pierś. – A i vistulą jeździć – umiem.
- Co to, u diabła, jest vistula? – zdumiała się Stanisława.
- Bardzo starego typu kombajn – powiedziała jej kuzynka. – Robili je zanim – ruszyła produkcja bizonów. Ostatni widziałam… No, będzie z piętnaście lat temu.
- Sprzętu zmechanizowanego nie będziemy chwilowo używali – dziedziczka – zwróciła się do kandydata na pracownika.
- E, to ja nie jestem zainteresowany. A siłą nas nie zagonicie. Pańszczyzna – zniesiona. – Poczuł się ciut pewniej.
- W zasadzie tak. – Katarzyna otworzyła teczkę. – Jednak nie do końca. – Nabyłyśmy cały majątek, wasze baraki też.
- Baraki, ale nie ludzi – warknął Józwa. – Nasze ulice, wasze kamienice. – Resztki pamięci, nie do końca wypłukanej samogonem, przechowały troskliwie usłyszane kiedyś od dziadka, przedwojenne jeszcze hasełko i wykorzystały je twórczo.
- W sumie na jedno wychodzi. Skoro baraki są nasze, będziecie musieli płacić – czynsz. Takie jest prawo. Do tego fundusz remontowy i akumulacyjny.
Tubylcy popatrzyli na nią kompletnie zdumieni.
- Jak to? – wykrztusił ktoś.
- Nie będzie wysoki – uspokoiła ich Stanisława. – Trzysta złotych – miesięcznie. Kto nie zapłaci, pół godziny na spakowanie i won. Nie pójdzie dobrowolnie, to wyniesiemy w kawałkach.
Katarzyna syknęła na nią dyskretnie. Kuzynka znowu nieco przesadziła.
- Tak nie wolno – jęknął Heniek. – To nieludzkie. A prawa człowieka to co? – Już nam nie przysługują? Odwołamy się do Strasburga! A oni was ustawią.
- A wiecie chociaż, gdzie jest ten Strasburg? – zakpiła.
- Nie musimy nic wiedzieć. Listonosz trafi – mruknął Maciej. – A jaki znaczek – nalepić, to na poczcie nam powiedzą!
- I może jeszcze będziecie umieli pozew napisać? – Mało nie parsknęła – śmiechem. – A może zrzucicie się po kilka stów na honorarium dla adwokata?
- Nie kpij sobie z prostych ludzi. Szlachetnie urodzonej to nie przystoi – odezwała się Monika po łacinie.
Dziedziczka zacisnęła wargi. Księżniczka miała świętą rację.
- Oczywiście, dopuszczam myśl, że ktoś z was może nie mieć pieniędzy – powiedziała. – Więc postanowiłam, że ci, których nie stać, mogą czynsz odpracować. Spotykacie się jutro o szóstej rano przy ruinach dworu. Każdy ma przynieść własną łopatę. Zgłosicie się u naszej brygadzistki. – Wskazała gestem Monikę. – Powie wam, co macie robić. A jak przez miesiąc wypracujecie więcej niż trzysta złotych, to i wypłata będzie.
- A jak ktoś nie przyjdzie, to ja pójdę po niego. – Księżniczka uśmiechnęła – się słodko i znowu strzeliła ssawką. – I nie radzę nikomu zaspać.
- Jeszcze jedno – odezwała się Katarzyna. – Wszystkie bimbrownie będzie – trzeba zlikwidować. Cud prawdziwy, że jeszcze się do was policja nie dobrała.
- Eee? – zdziwił się Heniek. – Jak to, zlikwidować?
- Normalnie – mruknęła Stanisława. – A kto przyjdzie pijany do roboty, – zostanie dwie godziny dłużej niż pozostali.
Tubylcy milczeli dłuższą chwilę. Przetrawiali w myślach to, co usłyszeli.”

„Przerwałam ustawianie filiżanek na wielkiej tacy.
-Myślałeś o rozwodzie?
- Myślałem. Nie zrobię tego Jagódce.
Nagle mnie olśniło. Nie zrobi tego Jagódce!
- Wiktorku – powiedziałam uroczyście. – Jagódce nie. Ewie. Wiem, co musisz zrobić Ewie.
Spojrzał na mnie wzrokiem znękanym i pytającym.
- Dziecko!
Upuścił cukierniczkę, której odpadło uszko.
- Co ty wyprawiasz, będę musiała jechać do Książa, dokupić!
- Ja przykleję…
- Nie, nie będzie ładnie. Pojadę, poświęcę się. Jak moja rada?
- Ależ mnie zaskoczyłaś! Ale czekaj, czekaj, może to właśnie jest genialny sposób… tylko wiesz, Ewa teraz nie nastawia się na życie rodzinne, my się zabezpieczamy…
- Wituś, ile ty masz lat? Ja ci mam tłumaczyć, jak sobie poradzić? Uwiedź ja znienacka, podmień jej pigułki, wysil mózgownicę! Chyba że nie chcesz mieć drugiej córeczki… albo synka.
- Chcę jak cholera- wyznał ponuro Wiktor. – Chyba wolałbym nawet drugą córeczkę. Nazwałbym ją Malinka. Jagódka i Malinka Łaskie.
- A synek Ogórek – przerwałam niecierpliwie.
- Dlaczego Ogórek? – zdziwił się. – Myślałem o Hieronimie, to z powodu Boscha, mam do niego słabość…
- Ogórek jest Jagodą – wyjaśniłam. – Nie patrz tak na mnie, naprawdę jest. Pomidor też. Ale niech sobie będzie Hieronim, tylko się nie przyznawaj, że to od Boscha, mów że od Hirka Wrony. Bosch i tak się facetom kojarzy głownie z wiertarkami. A babom z pralkami.
- Och, Emilko, zabiłaś mi klina…
- Bardzo dobrze. Teraz działaj, kochany, działaj! Tylko nie nazwij czasem synka na Z. żadne Zygmusie, Zbyszki ani Zdzisie!.
- Zdzisio mi się nie podoba! A właściwie dlaczego nie na Z?
- Żeby, jak dorośnie, nie pisali o nim „magister Z.Łaski”. Albo „profesor Z.Łaski”. no wiesz, to by źle wyglądało w mowie. Ewentualnie możesz mu dać Stanisław, to w skrócie będzie Stan Łaski. I pilnuj Ewy dni płodnych, to chyba umiesz obliczyć, żeby ci się wysiłki nie zmarnowały.”


  • RSS