moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

„Heinrich von Kleist

Urodzony 18 października 1777 r. we Frankfurcie nad Odrą,
Zmarł śmiercią samobójczą 21 listopada 1811 r.

Samobójstwo z widokiem na potomność

Mamy tylko jeden autentyczny portret tego literackiego geniusza, którego niektórzy historycy literatury niemieckiej cenią na równi z Goethem i Schillerem, zaś tak wielkiego pisarza jak Thomas Mann przenikał głęboki szacunek dla jego dzieła. Na portrecie tym widzimy okrągłą chłopięcą twarz, gęste, zaczesane do przodu włosy, subtelne, regularne, nic nie mówiące rysy twarzy.

Nic, ale to kompletnie nic nie wskazuje na to, iż ten młody mężczyzna nie może ani na chwilę zaznać spokoju, że jest człowiekiem trawionym bezmierną ambicją, dążącym do sławy i nieśmiertelności, a jego duszę pustoszy popęd samozniszczenia, natrętnie podsuwający myśl o śmierci.

Duszy nie da się namalować, sportretować. Wielki artysta potrafi jednak ukazać w portrecie przynajmniej przeczucie tego, co ukryte jest pod maską twarzy. Portrecista Kleista tego nie umiał. Nie starczyło mu talentu i przenikliwości, a być może, że po prostu za mało znał portretowanego. Sam Kleist nie był zadowolony ze swego konterfektu z innego powodu. Wysyłając go narzeczonej, Wilhelminie von Zenge, tak to skomentował: “dołączonego obrazka oprawić nie mogłem, jako że brak mi pieniędzy na rzeczy najpotrzebniejsze (…). Oby wydał ci się podobniejszy niż mnie, bo znajduję w nim ślad jakby drwiny, wolałbym by mnie wierniej odmalował. – Aby ci się podobać, pilnie się podczas malowania uśmiechałem, aczkolwiek nastrój miałem nie taki, udawało mi się jednak, gdym myślał o tobie…”.

Jeśli już nie mamy żadnej bardziej wyrazistej podobizny Kleista, może moglibyśmy wyrobić sobie jakiś jego obraz na podstawie świadectwa współczesnych, przyjaciół i znajomych? Raczej nie. Nie ma wielu przekazów mówiacych o jego charakterze i osobowości. Winien temu sam Kleist, który wielu współczesnym wydawał się zamknięty jak ostryga. “Dreszcz trwogi przenika mnie zawsze, kiedy mam komu odsłonić swą duszę”– wyznaje w jednym z listów. Z drugiej strony przez wielu ludzi, którzy się z nim zetknęli nie rozumiało go bądź rozumiało fałszywie i z reguły nie doceniało. Niektórzy zaś płoszyli się, widząc burzę uczuć, kiedy popuszczał sobie cugli. Sam o tym wiedział: “nie całkiem to bezpieczne, zadawać się ze mną” – wyznał kiedyś.

Dama, której nazwiska nie znamy, relacjonuje: “odzywał się skąpo, urywanymi zdniami, lecz jeśli jakiś temat ekscytował go na tyle, by chciał się rzeczywiście o tym wypowiedzieć, porywał wszystkich słuchaczy – bywało jednak często, że przerywał wpół słowa, jak gdyby zjawę jakąś ujrzał, przedsię patrzył i w tępe zamyślenie popadał, że już nie było z niego żadnego pożytku”.

To samo stwierdziła jego narzeczona, Wilhelmina von Zenge, która w końcu musiała go dobrze znać. Opisywała go jako ponurego, małomównego i melancholijnego. Panienka z konserwatywnej rodziny zapewniała jednak swego narzeczonego, który niestety nie odpowiadał jej ideałowi mężczyzny (choć z czasem go pokochała), iż był człowiekiem bystrym, obdarzonym bujną fantazją, a ponadto szlachetnym i obyczajnym. Współcześnie żyjący, choć należący do wcześniejszej generacji, starszy o czterdzieści lat pisarz Christoph Martin Wieland, zrozumiał najlepiej ten młodzieńczy pęd ku szczytom, brał udział twórczości pisarskiej Kleista i nawet (aczkolwiek krótko) wspierał go finansowo. Kleist, który zaprzyjaźnił się z najstarszym synem Wielanda, zamieszkiwał na jego zaproszenie od początku stycznia do połowy marca 1803 roku na mansardzie jego domu w Ossmannstedt, na północny wschód od Weimaru. Spotykali się przy stole, prowadzili interesujące rozmowy, z wolna poznawali się lepiej i Wieland miał dość okazji, by przyjrzeć się z bliska swemu gościowi.”

Akta Herry1ego Dresdena. Tom 4.

„Poczułem kamień w żołądku.
Królowa elfów. W moim biurze stała królowa elfów. Patrzyłem na królową elfów. Rozmawiałem z królową elfów.
A ona miała mnie w garści.
Rany, a ja myślałem, że nic gorszego mnie już nie spotka.
Strach można odczuwać dosłownie jak lodowatą wodę. Zimny łyk spływa przez gardło, rozchodzi się w piersi. Tamuje oddech i każe sercu pracować z wysiłkiem, dociera do żołądka i bioder, powodując drżenie. W końcu obejmuje uda i kolana (czasem, zatrzymując się po drodze, wprawia w zakłopotanie), odbiera siłę długim mięśniom, które miałaby chęć posłużyć do ucieczki gdzie pieprz rośnie.
Przełknąłem pełny haust strachu z oczami utkwionymi w jadowicie pięknego elfa po drugiej stronie mojego biurka. Mab uśmiechnęła się na to.
- Tak – mruknęła. – Wystarczająco mądry, żeby się bać. Żeby pojmować, przynajmniej w części. Jak to jest, kiedy wie się to, co ty wiesz, dziecino? No, jak się czujesz?
Mój głos zabrzmiał niepewnie i ciszej, niżbym chciał.
- Mniej więcej jak Tokio, kiedy Godzilla weszła na plażę.
Mab przechyliła głowę, przyglądając mi się z niezmiennym uśmiechem. Może nie wiedziała, o czym mówię. Może nie spodobało się jej porównanie z jaszczurem wielkim na trzydzieści pięter. A może właśnie się podobało. Skąd miałbym wiedzieć, skoro nawet zrozumienie kobiet będącymi istotami ludzkimi sprawia mi trudność?
Nie patrzyłem Mab w oczy. co prawda nie obawiałem się już spojrzenia w głąb duszy, bo do tego obie strony musza mieć duszę, ale i tak zbyt długi kontakt wzrokowy może spowodować rozmaite następstwa. Budzi wszelkiego rodzaju emocje i skojarzenia. Gapiłem się na podbródek Mab, ból palił mi dłoń. Nie odzywałem się, bo się bałem.
Nie znoszę strachu. Nienawidzę bardziej niż czegokolwiek na świecie. Nie cierpię poczucia bezradności. Nie cierpię też, kiedy ktoś mnie wykorzystuje i pastwi się nade mną, a Mab właśnie to robiła.”

„Wokół mojego volkswagena roi się dzieciarnia, pchają, ciągną, zaglądają przez okna do środka. Przeciskam się przez ten tłumek, wsiadam, naciskam kilkakrotnie gaz do dechy i trąbię klaksonem.

W końcu zawracam i zjeżdżam po stoku. Kilku chłopców próbuje biec za samochodem, ale w końcu dają za wygraną. Skręcam w prawo i jadę wzdłuż strumienia. Idzie ciężko, ale po jakichś pięćdziesięciu jardach znajduję wreszcie piaszczystą, w miarę równą łachę.

Wysiadam, otwieram boczne drzwi przyczepy, zapalam gaz na kuchence i nastawiam wodę. Przyczepa jest wyposażona w kuchenkę, toaletę, małą lodówkę i zbiornik na wodę. Łóżko jest dla mnie trochę za krótkie, ale jakoś sobie radzę.

Zdejmuję podkoszulek, buty, skarpetki, dżinsy i przeciągam się leniwie. Czuję, jak stopniowo rozluźniają się napięte mięśnie karku i ramion. Jest spokój, promienie słońca odbijają się od boku mojej przyczepy. Strumień ma tu zaledwie stopę głębokości; padam plackiem na brzuch, przewracam się na plecy i poddaję się pieszczocie lodowato zimnej wody.

Oślepiająco jasne niebo rozmazuje mi się w oczach. Zaczynam pełznąć w stronę gorącego piasku. Woda już się zagotowała. Dolewam odrobinę zimnej i zmywam naczynia. Potem wkładam czyste ubranie, zamykam przyczepę i wracam do miasteczka. Umieram z głodu.

Nie mogę znaleźć porządnej restauracji, wchodzę więc do pierwszego napotkanego baru i biorę kilka kanapek i butelkę piwa. W barze jest chłodno, mroczno, wypełnia go zapach spalonego drewna i spoconych ciał. Wzdłuż jednej ściany stoją stoły, więc biorę krzesło i siadam przy jednym z nich. Oprócz mnie jest tu czterech mężczyzn.

Nie gapią się na mnie ostentacyjnie, ale wiem, że jestem obserwowany. Piwo przypomina mi francuskie; jest cienkie i do tego niezbyt zimne. Wychodzę na ulicę. Słońce przypieka jeszcze mocno. Idę przez miasto w stronę gór. Ulice są właściwie opustoszałe, ale z domów dobiega brzęk sztućców i talerzy. Dochodzę do drugiego krańca miasta, gdzie kończą się kamienne obramowania, ale się nie zatrzymuję.

Jedno jest pewne: to zupełnie inny świat niż Paryż. To właśnie tam, w Klubie Amerykańskim, zacząłem myśleć o tej wyprawie. Grałem w ping-ponga z Billem Kingiem, było późne, mroczne i dżdżyste popołudnie, lało od czterech dni.

Minęło zaledwie parę dni od świąt Bożego Narodzenia. Cały ranek spędziłem w swoim hotelowym pokoju, pisząc list do Gerry; użalałem się nad sobą, choć wiedziałem, że ona nie ma najmniejszej ochoty wysłuchiwać znów moich biadoleń.

Tak czy inaczej przy stole pingpongowym trułem Kingowi, jaki to okropny jest Paryż. Za dużo samochodów, wciąż deszcz, ciemno, do tego ten pieprzony francuski i tak dalej. I wtedy King zaczął mi opowiadać o górskich wioskach w południowej Hiszpanii. Spędził tam zimą pół roku, włóczył się też po północnym wybrzeżu Afryki. King jest typem hipisa i ćpuna: ma brodę, paciorki i długie włosy, jego ulubione zajęcie to wylegiwanie się na trawie. Mimo to dawał mi porządnie w kość w ping-ponga i to bez najmniejszego wysiłku.

Dokończyliśmy seta i poszliśmy na górę do biblioteki, gdzie pokazał mi na mapie wszystkie znane sobie miejsca. Dwa tygodnie później kupiłem okazyjnie samochód od urlopującego nauczyciela z Kalifornii. Volkswagen był praktycznie nowy, miał na liczniku tylko trzydzieści pięć tysięcy kilometrów i kosztował dwa i pół tysiąca dolców. Jadąc do Hiszpanii, mieszkałem w nim przez cały czas. Poczułem się w końcu naprawdę wolny.

Idąc tak, znalazłem się kilometr za miastem. Gospodarstwa są opustoszałe, choć widać, że pola uprawia się tu nadal. W większości domów w miejscu drzwi i okien zieją czarne dziury. Przy niektórych bieleją wielkie kręgi ułożone z kamieni. Domyślam się, że są to klepiska. Mijam po drodze kilka domów, które są w naprawdę kiepskim stanie. Zaciekawia mnie jeden stojący na wzgórzu, mniej więcej sto metrów od drogi.”


  • RSS