moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

„Pogoda się zmieniła.
Niczym żałobny zwiastun zbliżającej się wojny, wiatr zawył przeraźliwie i zatrząsł mocno schronieniem Delta Force. Delta Jeden skończył mocować dodatkowy tropik i wrócił do swoich partnerów. Przeżyli załamanie pogody już wcześniej. Burza nie powinna trwać długo.
Delta Dwa oglądał przekaz nadawany na żywo przez mikrobota.
- Popatrz na to – mruknął.
Delta Jeden przysunął się. Wnętrze habisfery spowijały ciemności, tylko w północnej części płonęły światła. Cała reszta była ledwo widoczna.
- To nic takiego. Wypróbowują telewizyjne oświetlenie na wieczór.
- Nie chodzi o światło. – Delta Dwa wskazał ciemną plamę na lodzie, wypełniony wodą szyb, z którego wydobyty meteor. – Tutaj jest problem.
Delta Jeden przyjrzał się otworowi. Otaczały go pachołki, powierzchnia wody wyglądała spokojnie.
- Nic nie widzę.
- Spójrz jeszcze raz. – Żołnierz pomanipulował joystickiem, przesuwając mikrobota w kierunku tafli wody.
Gdy Delta Jeden uważniej przyjrzał się ciemnej sadzawce, zobaczył coś, co sprawiło, że się wzdrygnął.
- Co do…
delta Trzy przysunął się, żeby popatrzeć. On też był wstrząśnięty.
- Mój Boże. To szyb? Czy woda miała się tak zachowywać?
- Nie – odparła Delta Jeden. – Jasne jak słońce, że nie.”

„Rozkazałem wysypać Drogę Apijską płatkami kwiatów, gdyż pragnąłem godnie odbyć podróż za miasto. Dziesięć tysięcy chłopców i dziewcząt zbierało na ten cel kwiaty przez dwa dni. Rozkazałem też obyczajem bogów Wschodu, by mój posąg był codziennie przyoblekany w nową szatę i by żadna nigdy się nie powtórzyła. Stare szaty kazałem palić wraz z modlitwami do mnie, by unosząc się w niebo czekały tam na mnie, gdy opuszczę niegościnną ziemię.
Doszedłem przy tym do wniosku, który już od pewnego czasu nieśmiało pojawiał się w moich rozważaniach na temat własnej boskości, że mianowicie moja doczesna powłoka, jak i wszystko, co mnie na co dzień otacza, ma charakter jedynie tymczasowy, bym mógł być postrzegany przez swoich wyznawców w postaci dla nich zrozumiałej. Upewniłem się, co za tym idzie, iż mój pobyt wśród ludzi jest zaledwie chwilowym epizodem poprzedzającym wieczną chwałę panteonu. I to jest dla mnie nowość.
Odkryłem też pewną zadziwiającą prawidłowość. Ilekroć zaczyna mnie boleć głowa, zaraz potem następuje zmiana pogody. Zazwyczaj pada deszcz albo nadciąga burza i nie jestem w stanie temu zapobiec. Gdy z kolei głowa przestaje mnie boleć i czuję się dobrze, pogoda zmienia się również na lepszą, chmury ustępują słońcu i powietrze robi się rześkie. Na razie dzieje się to mimo mojej woli i jeszcze nie nauczyłem się nad tym panować. Spróbowałem też, gdy nikt nie widział, trzykrotnie uderzyć laską o gołą ziemię. W następstwie tego, jak się później dowiedziałem, oddał duszę bogom jeden z władców podległej nam prowincji i Azji. Gdy z kolei uderzyłem laską tylko raz, pożar strawił część magazynów portowych nad Tybrem. Obecnie staram się połączyć owe zdarzenia w logiczną całość, albowiem spalanie magazynów wymaga z całą pewnością mniejszego nakładu mojej boskiej energii niż pozbawienie życia koronowanej głowy. Jak słusznie się spodziewacie, ponowiłem próbę z trzykrotnym uderzeniem, lecz tym razem nie dotarła do mnie w jego następstwie wieść o śmierci żadnego króla, ale tłumaczę to sobie w ten sposób, iż wcale nie wiadomo, czy jakiś nieznany nam monarcha w dalekiej Azji istotnie nie umarł i nigdy się o tym nie dowiem lub przekonam ze znacznym, ze względu na dzielącą nas odległość, opóźnieniem.
Z innych ciekawych odkryć, dotyczących moich boskich właściwości, przytoczę wam tylko wybrane. Otóż na przykład, ilekroć mam katar na skutek zwykłego przeziębienia, moja wrażliwość na dźwięki muzyki zdaje się tak wyostrzać, że natychmiast i niezawodnie słyszę każdą niedoskonałość harmonii i każdy fałszywy ton wydawany przez instrument. Potrafię też zgiąć złoty sztuciec, trzymając go tylko w palcach dłoni! Lecz nie dosyć na tym – potrafię, posługując się zwykłą leszczynową gałązką, odgadnąć miejsce źródła wody, nawet jeśli znajduje się głęboko pod ziemią! Co do tej ostatniej umiejętności, to ćwiczyłem ją wystarczająco długo, by się o niej w sposób dowodny przekonać. Kazałem bowiem kopać studnie we wskazanych przez siebie miejscach i nie uwierzycie, ale zawsze w końcu robotnicy dokopywali się do wody! Podobno magowie chaldejscy również posiadają ów dar, a nawet niektórzy chłopi egipscy. Jest to widomy znak łaski boskiej, moim zdaniem, choć w przypadku mojego majestatu traktuję to jako cechę mu przyrodzoną.
Rozmawiałem na ten temat z wujem Klaudiuszem, który zaiste oczytany jest w zadziwiających sprawach tego świata jak mało kto, oraz ze swymi lekarzami. Wszyscy oni stwierdzili bez namysłu, iż podobnymi zdolnościami obdarzeni są zazwyczaj jedynie wybrańcy bogów lub sami bogowie i przytoczyli jeszcze parę innych osobowości jako cechy należne tylko nielicznym. Zaliczyli też do nich dziwną chorobę polegającą na toczeniu piany z ust i silnych konwulsjach. Osobie nią dotkniętą wtyka się nawet kawałek drewna w zęby, by nie przygryzła sobie języka. W ich zgodnej opinii przypadłość owa przypisana jest głównie bogom lub osobnikom boskiego pochodzenia, podobnie zresztą jak posiadanie dwóch i więcej dusz w jednym ciele, o czym już wspominałem na samym wstępie tych zapisków, przywołując postać pradziadka Augusta.
Nie przyznałem im się jednak, iż czasem zdarza mi się słyszeć wyraźny całkiem głos, nie wiadomo skąd dochodzący, który mówi mi coś, co później, jak stwierdziłem, często okazuje się prawdą. Wolałem nie dzielić się tym z nikim, gdyż oznaczałoby to, że ulegam podpowiedziom nieznanego mi pochodzenia miast kierować się własnym głosem wewnętrznym będącym emanacją mojej boskości. Możliwe jednak, iż wspomniane podpowiedzi są właśnie m głosem wewnętrznym, którego każdy bóg powinien się w sobie spodziewać.
Zwierzyłem się ze wszystkiego tylko Cezonii, która po uważnym wysłuchaniu mnie stwierdziła jedynie, iż zawsze wiedziała, ze jestem wyjątkowy i że to, co jej powiedziałem, bynajmniej jej nie dziwi. Prosiła mnie przy tym, bym zachował ostrożność w podejmowanych próbach z laską i przeprosiła mnie za to, że jej dotychczasowe doświadczenie z bogami nie wykraczało ponad to przewidziane dla prostych wyznawców. Osobiście uważa jednak, iż z całą pewnością coś musi tkwić w tym, co mówię, i że pod żadnym niemal względem nie przypominam jej innych ludzi, za co zresztą szczerze mnie podziwia. Tyle Cezonia.
Osobiście więc nie wiem, czy jestem już pełnowymiarowym bogiem, czy też oszalałem w odpowiedzi na szaleństwo świata.”

„(…)Pewnego gorącego letniego wieczora rozpieszczona panna z dobrego domu zjawia się jak zwykle na sobotnim balu w klubie prowincjonalnego miasteczka jednego z południowych stanów. Jak zwykle jest najpiękniejsza z pięknych, otoczona tłumem przyjaciół i adoratorów, którzy tylko czekają na jedno słowo, jedno spojrzenie, może na następny taniec. Nawet nie zauważa, kiedy na balu pojawia się przystojny młody mężczyzna w mundurze podporucznika, nie przeczuwa, że odegra on decydującą rolę w jej przyszłym życiu.
Wraz z innymi młodymi ludźmi ze swojego rocznika chłopak czeka w pobliskim obozie na odkomenderowanie na europejską wojnę i próbuje jak najprzyjemniej spędzić czas, który mu jeszcze pozostał. On także pochodzi z amerykańskiej prowincji, z północno-środkowego Zachodu, studiował na jednym z elitarnych uniwersytetów na wschodzie kraju i jest, jak mówią, początkującym pisarzem, który coś już opublikował. Sprawia wrażenie zarozumiałego i kiedy zauważa tańczącą piękność, pewny zwycięstwa, przerywa taniec i zaprasza ją na przechadzkę. Dziewczyna, przyzwyczajona, ze to ona zwykle dyktuje warunki, odpiera: z kimś, komu tak się spieszy, nie zwykła się umawiać, a już na pewno nie o tak późnej porze. Wyraźnie jednak widać, że młodzieniec ja zainteresował. Historia zaczyna się toczyć: on usilnie stara się o nią, przebywa jednak najczęściej w Nowym Jorku, gdzie próbuje zarabiać na życie. Po długim okresie narzeczeństwa, przerywanego kilkoma incydentami, pobierają się w Nowym Jorku – oboje bardzo młodzi – i stają się „parą z marzeń” swoje pokolenia.
Jak to było w bajce? „I żyli długo i szczęśliwie…”
Opowieść kończy się inaczej, nie jest bajką. Nie chodzi tu także o tekst na okładkę wzruszającej powieści, lecz o prawdziwe, oszałamiające, pełne cierpienia, wielokrotnie komentowane dzieje dwojga ludzi: Francisa Scotta Fitzgeralda i Zeldy Sayre. Ich wyjątkowość polega na tym, ze obydwoje przeżywają rzeczywistość jak powieść, są jej wymysłem, wzorem i odbiciem jednocześnie. Zależność ta funkcjonuje dzięki pisaniu – „nowej literaturze”, która zafascynowała nie tylko Fitzgeralda, lecz również wszystkich młodych intelektualistów lat dwudziestych. Czasem tylko uczniom czarnoksiężnika wymyka się z dłoni zaczarowania miotła, albo oszołomieni zapomną magicznego zaklęcia, dzięki któremu wymyślone życie można znów zmienić w rzeczywistość.”

„Pokój księdza Wyszyńskiego w Laskach. Duży, niczym szkolna klasa, bo też niedawno służył jako sypialnia internatu dla niewidomych chłopców. Mieszkali wokoło i było ich słychać, mimo zamkniętych drzwi. Urządzenie pokoju skromne i nijakie. Na wielkim biurku rozłożone książki, papiery i zapiski, ksiądz pracuje nad swoim artykułem, który kiedyś będzie opublikowany. Okno otwarte i wydawałoby się, ze pachnie spokojem, nie tylko końcem lipca, ale to tylko chytrawe złudzenie. Właśnie w tej chwili słychać z daleka głębokie, rwące wybuchy bomb, albo ciężkiej artylerii z frontu za Wisłą, tam gdzie stanęła radziecka ofensywa i Niemcy zalegli w obronie Wisły, ostatniej wielkiej ostoi przed granicami Rzeszy. Obie strony to wiedzą i choć tym razem jest „na wschodnim froncie bez zmian”, to nie ma chwili bez barażu ciężkiego uzbrojenia po obu stronach. Tym bardziej, gdy zapada cisza. To są owocne dnie i tygodnie księdza i autora. Rodzą się w tym pokoju pierwsze sformułowania powojennych kanonów, które zdecydowały o kierunku naszego kościoła i polskiej myśli katolickiej. Jest nieskończonym kaznodzieją w kościele, a jego godzinne kazania dały się nie raz ociemniałej młodzieży, a i dorosłym dobrze we znaki. Ale w tym pokoju jest przede wszystkim doktorem nauk, autorem słów i myśli, które później ukształtują intelektualny nurt życia religijnego w obcej, bierutowskiej Polsce, przerwanego po raz trzeci aresztowaniem….Bo dwa już miał za sobą.”

„Moja droga B.! Jak ty mnie wkurzasz! To Twoje ciągłe: ”Aaa, lepiej nie”, albo „Po co, co ma być, to będzie”, „Widocznie tak miało być”, „Samo się rozwiąże”, „Czas wszystko naprawi”, „Nie można niczego robić na siłę”… Można, do cholery! Ja ci mówię, że można, oczywiście, zależy co i czy warto, ale jedno jest pewne, nic samo się nie naprawi, zawsze warto spróbować, i nie co ma być, to będzie, bo można to zmienić. Do cholery! Co to za filozofia życiowa! Filozofia lenia i tchórza, a nie, jak twierdzisz, osoby nieśmiałej, kulturalniej i niepewnej siebie. Mówisz tak, bo Ci z tym wygodniej i łatwiej. Całe życie wyznaję zasadę, że zawsze lepiej gdzieś pójść niż nie iść, zrobić niż nie robić, zadzwonić i sprawdzić, zapytać niż nie dzwonić. Wstać niż leżeć. Coś Ci opowiem, może to nie jest specjalnie a` propos, ale mnie się bardzo kojarzy, szczególnie że lubisz powtarzać swoje efektowne zdanie: „Żyję, żyję i nie mogę jakoś zajść w ciążę z tym życiem…”. To, do cholery, zajdź w tę ciążę – mam nadzieję, że urodzi wam się cos udanego, a poza tym czytaj dalej ten list, bo Cię znam i wiem, ze jak Cię ktoś krytykuje, to milkniesz i odwracasz plecami zamiast go wysłuchać. Uważaj.
Kiedy w pierwszej ciąży, wieki temu, nieważne, nie będę dziś mojej córce liczyć lat, byłam młodą niedoświadczoną pierwiastką, jak to wdzięcznie i zarazem ohydnie nazywają ginekolodzy, chodziłam z moim brzuchem, z którym było coś nie tak, a raczej z miednicą, bo podobno była za wąska, do znanego wtedy w Warszawie profesora, patologa ciąży, a on podczas każdej wizyty mierzył rozwartość, jak to cudnie nazywał, moich bioder, jakimiś metalowymi nożycami czy szczypcami i darł się za każdym razem: „A w piłkę kopać, nie dzieci rodzić z tym rozmiarem, to dziecko będzie duże! Będą problemy! Ten poród to będzie horror! Nie rozumie pani!”. A nieszczelne drzwi do jego gabinetu sprawiały, ze wszystkie kobiety w poczekalni z powodu tych okrzyków cierpły ze strachu, dzieci im się kurczyły w brzuchach, a co druga gwałtownie musiała do toalety. Był to poza tym absolutnie genialny lekarz i sukcesy w dziedzinie „urodzić z niemożliwego” miał znaczne. Natomiast sława jego nieszczelnych drzwi spędzała sen z powiek wielu pacjentkom profesora, bo całkowicie uniemożliwiały one zachowanie intymności i ukrycie tajemnic przed innymi siedzącymi w poczekalni, a siedziało zawsze tych osób bardzo wiele, z całej Polski, zresztą tyle samo mężczyzn, co kobiet.
Pewnego dnia siedziałam tam i ja, jak zwykle w tłumie brzuchatych kobiet i bladych, przerażonych mężczyzn, i uwagę moja zwróciła przezroczysta jak listek, śnieżnobiała trzydziestolatka, pachnąca mydłem piękność w sztywno wykrochmalonej, białej, bułgarskiej, wyszywanej bluzce ze sklepu „Sofia” (młodzież dziś nie wie, o co chodzi), powiem tylko, że wtedy był to szczyt możliwości polskiej klasy średniej. Okazało się, ze ta kobieta jest przede mną. Czekałyśmy długo, wysłuchując zza drzwi dramatów pacjentek albo okrzyków radości profesora, ze jest ciążą, udało się. Kobieta w tym czasie poszarpała z nerwów dwie batystowe śnieżnobiałe chusteczki. Wreszcie, słaniając się na nogach, weszła, a myśmy usłyszeli, co następuje:
Długa cisza, w której od czasu do czas jakiś cichuteńki, zapłakany głosik cos wyznaje, o oś prosi, z jakiegoś powodu wzdycha i jęczy. Po chwili ryk profesora:
- NAUCZYCIELKĄ?!
Cisza.
- POLSKIEGO?!
Cisza.
- TO MIASTO CZY WIEŚ?!
Cisza.
- ILE LAT MAŁŻEŃSTWA?!
Cisza.
- KOCHA MĘŻA?!
Cisza.
- JAK CZĘSTO?!
Krótka cisza.
- JAK TO SIĘ ODBYWA?! ILE RAZY?!
Długa, paląca cisza.
- MA PANI ORGAZM ZA KAZDYM RAZEM?!
Cisza, w niej nasze kasłanie, szuranie, szukanie czegoś, co niby spadło.
- BADANIA!
Cisza pełna odprężenia.
- PROSZĘ POKAZAĆ!
Długotrwały szelest kartek i sakramentalne:
- PROSZĘ SIĘ ROZEBRAĆ.
A potem długa, długa cisza, podczas której wszyscy wstrzymaliśmy dech, rozumiejąc, że trwa badanie, i nagły gwałtowny ryk:
- BZZZDUUURRRRY!! NIC TU NIE MA!
Cichy płacz.
- A WYJECHAĆ! A W WODZIE! A NOCĄ! A W LESIE! A NA IGŁACH! A NIECH BOLI! A NA STOJĄCO! A NIE ZASTANAWIAĆ SIĘ! A NIE MYSLEĆ! A ODWAŻYĆ SIĘ! A NA SIŁĘ! A WYPIC PRZEDTEM! A NAGO! WYŁĄCZYĆ MÓZG! TO NAJWAŻNIEJSZE! TYLKO CHCIEĆ! I NIE MYŚLEĆ!
Cisza, cisza, cisza, podczas której wszyscy zaczęliśmy się bać wyjścia kobiety z gabinetu. I wreszcie stanęła przed nami. Zapuchnięta, spłakana, z potarganymi pomponikami przy związaniu bułgarskiej bluzki. Spojrzała na nas, włożyła płaszcz, poprawiła pod nim plisowaną spódnicę, precyzyjnym ruchem umieściła kapelusik na głowie, spokojnie, powoli wciągnęła rękawiczki, wzięła torebkę i… skoczyła w otchłań, czyli wyszła.
Moja droga B.! Żeby zakończyć tę historię: profesor powiedział mi później, lata później, ze urodziła potem dziecko, ale długo musiałam mu ją opisywać, żeby przypomniał sobie, o którą z jego pacjentek chodziło. Ciągle ten sam problem, machnął ręką.
A teraz, moja droga B., weź się w garść i zadzwoń tam, gdzie nie masz odwagi zadzwonić. Zaproponuj, co masz do zaproponowania. Zrób to dla mnie.

Twoja K.”

„Wszystkie trzy tragedie rozegrały się w tym samym miejscu i zapewne tego samego dnia. Dzień musiał być piękny, upalny, taki w którym drzewa pocą się z gorąca. Pociły się też w tym tropikalnym upale właściwą sobie substancją: żywicą.
Rosły owe sosny jakoś rozmaicie, nie tylko w wodzie i nie tylko na suchym gruncie, albo może z wody wyrastały kwiaty, wabiące barwą i wonią, bo na jednym pożywiał się motyl. Składał i rozkładał ogromne, kolorowe skrzydła, nie przeczuwając niebezpieczeństwa, i właśnie w momencie, kiedy je rozłożył, z góry spłynęła kropla. Kapnęła tuż obok, wielka i ciężka, nie zahaczyła porządnie ani motyla, ani kwiatka, zaledwie musnęła całą grupę, ale to wystarczyło, żeby z wnętrza roślinki i ze skrzydła motyla podniósł się obłok pyłu. Mała, gęsta chmurka, którą zgarnęła następna spadająca kropla. Trafiła w nią, skupiła mikroskopijne drobiny i razem z tym pyłkiem dołączyła do poprzedniej. Kwiatek wytrzymał, ale motyl zginął, bo bez pyłku na skrzydłach motyl żyć nie może.
Woda musiała tam być, skoro nieźle wyrośnięty narybek lęgnął się z ikry. Ktoś zawsze pozostaje ostatni i ta ostatnia rybka nie zdążyła. Liczne rodzeństwo odpłynęło, a ona została, jeszcze z jajeczkiem na ogonku, dognana tonącymi w wodzie gęstymi, potężnymi kroplami.
Wielka, złota mucha usiadła dla odpoczynku na odstającym kawałeczku kory u podnóża drzewa. Rozpostarła lśniące skrzydełka, czyściła je, z lubością rozkładała do słońca, poruszała nóżkami i kręciła łebkiem. Nie widziała swojego nieszczęścia, które spływało z góry, rosnąc stopniowo jak lawina. Krople żywicy połączyły się w strumień, zatrzymały na moment na drobnej nierówności, po czym kapnęły razem, całym ciężarem. Prosto na nią. Mucha nie zdołała uczynić nic, zamarła, unieruchomiona lepką substancją, która otoczyła ja dookoła. I tak zdechła w swojej nieruchomości, nie mając najmniejszego pojęcia, ze dzięki katastrofie zachowa na wieki swoją urodę i zyska nieśmiertelność. Nie mogła także wiedzieć, iż w całe wieki później istoty podobno wyższego rzędu, które na razie jeszcze nie zdążyły się pojawić na młodej i pięknej Ziemi, będą się dla niej i przez nią zabijać…

Minęło przeszło dwadzieścia milionów lat.”


  • RSS