moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

„O KAZIMIERZU MOCZARSKIM

I

Po zakończeniu II wojny światowej władzę w Polsce objął rząd komunistyczny. Wypełniając dyrektywę Stalina, podjął bezlitosną walkę z niezależnymi, narodowymi ośrodkami. Rozpoczęły się prześladowania żołnierzy i oficerów AK, którym udało się uniknąć śmierci z rąk Niemców. Więzienia zapełniły się najlepszymi i najdzielniejszymi bojownikami walk z nazistowską przemocą. Niewiarygodna perfidia Stalina podsunęła mu pomysł, niepojęty dla ludzi wychowanych w normalnym, demokratycznym świecie. Uznał on za właściwe, by ludzi, którzy w szeregach AK walczyli z hitlerowskimi Niemcami, traktować jako sojuszników nazizmu. Oficjalna propaganda nazywała najlepszych patriotów faszystami i pachołkami Gestapo. Oskarżano ich o współpracę z wrogiem i zdradę narodu polskiego. Na podstawie sfabrykowanych oskarżeń skazywani byli na śmierć lub długoletnie więzienie.
Procesy toczyły się w trybie niejawnym, a oskarżeni nie mieli prawa do obrony. Pod wpływem fizycznych i duchowych udręk wielu wybrało samobójstwo. Inni przyznawali się do niepopełnionych przestępstw, byle położyć kres cierpieniom. Ludzie ci przeszli przez piekło.
Jednym z nich był Kazimierz Moczarski. 18 stycznia 1946 roku skazany został na 10 lat więzienia. Na mocy amnestii z roku 1947 kara ta została zmniejszona do lat pięciu. W końcu listopada 1948 roku poddano go „piekielnym przesłuchaniom” w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Trwały ponad dwa lata. Ponieważ Moczarski był człowiekiem niezłomnego charakteru, dręczono go ze szczególnym okrucieństwem. Oprawcy byli bezsilni wobec jego męstwa i to potęgowało ich wściekłość. Aby pogłębić i złamać moralnie Moczarskiego, umieścili go w jednej celi z generałem SS Jurgenem Stroopem.
Stroop należał do osławionych, najbardziej brutalnych dowódców SS. Ciążyły na nim zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości. Był katem warszawskiego getta, gdzie 19 kwietnia 1943 roku wybuchło powstanie. Na jego rozkaz setki tysięcy Żydów wysłano do obozów zagłady, dziesiątki tysięcy wymordowano w ruinach zdobytego getta. Schwytany po wojnie przez Amerykanów, został wydany władzom polskim. W Warszawie czekał na proces. 23 lipca 1951 roku został skazany na śmierć, a 6 marca 1952 roku stracony na szubienicy.
Stalinowscy dręczyciele wtrącili Kazimierza Moczarskiego właśnie do celi tego człowieka.
Tak oto powstała sytuacja niemal szekspirowska. Przez 9 miesięcy, od 2 marca do 11 listopada 1949 roku, w jednej celi przebywali dwaj śmiertelni wrogowie. Generał SS, który miał na sumieniu setki tysięcy niewinnych ofiar, i oficer polskiego podziemia, który przez pięć lat walczył z nazizmem w obronie swej ojczyzny i elementarnych zasad człowieczeństwa. Stalinowska brutalność i brak skrupułów postawiły między nimi znak równości. Niewątpliwy morderca Stroop stał się towarzyszem niedoli człowieka, który nie popełnił najbłahszego występku i zawsze był odważnym, ofiarnym patriotą. Stalinowcy sądzili, że to właśnie Moczarskiego duchowo złamie. Nie udał się jednak diabelski plan. Moczarski przetrwał i tę torturę!
18 listopada 1952 roku został przez Sąd Wojewódzki w Warszawie skazany na karę śmierci. „Przez dwa i pół roku w każdej chwili czekałem na kata” – pisze Moczarski. W listach do Sądu Najwyższego relacjonuje przejmujące metody śledcze, wymienia 49 rodzajów udręk fizycznych (przez 14 miesięcy przebywał w ciemnej izolatce).
W marcu 1953 roku umarł Stalin. Stalinizm wszedł w stadium kryzysu. W październiku tego roku Moczarski został „ułaskawiony” i skazany na dożywotnie więzienie. Wyrok ten zakomunikowano mu jednak dopiero po dwu i pól latach. Jurgen Stroop został stracony. W lutym 1956 roku na słynnym XX Zjeździe KPZR Chruszczow ujawnił zbrodnie Stalina. Rozpoczęła się „odwilż”. Adwokaci Moczarskiego podjęli starania o rewizję wyroku. On sam został zwolniony z więzienia w kwietniu 1956 roku. Był jednak przeświadczony, że to nie koniec jego sprawy. Domagał się pełnego uniewinnienia i rehabilitacji, prostej ludzkiej sprawiedliwości. W grudniu 1956 roku toczył się w Warszawie kolejny proces Moczarskiego, którego celem była publiczna i ostateczna rehabilitacja. „W tej sali nie jestem oskarżonym – to ja oskarżam!” – powiedział wówczas Moczarski.
W wyroku z dnia 11 grudnia 1956 roku sąd orzekł, że oskarżenie i skazanie Moczarskiego oparte było na fałszywych dowodach, że skazany poddawany był przez wiele lat uwięzienia torturom i udrękom, ze jest on ofiarą stalinowskiej tyranii.
Moczarski został całkowicie uniewinniony. Sąd w uzasadnieniu podkreślił, że jego postawa jako człowieka i Polaka zasługuje na najwyższy szacunek i uznanie.

Andrzej Szczypiorski
1977″

„Następne dni likwidacji getta warszawskiego dawały się również we znaki ludziom Jurgena (Józefa) Stroopa.
- To nie były bezwolne masy – opowiadał – ale elita syjonistyczna. Ci ludzie wiedzieli, po co się biją i za co się biją. Byli twardzi. Mieli charakter. Wyszkoleni, zaopatrzeni. Wytrwali i sprytni. Oraz zdecydowani na śmierć.
- A nie uważa pan, ze powstańcy w getcie wiedzieli również, że nie jest najważniejsza śmierć, lecz to, jak się umiera, że bronili godności ludzkiej i przyszłej pamięci swego społeczeństwa? – zapytałem raz Stroopa. Ten natychmiast odpowiedział tonem i językiem wyuczonym, partyjnym, NSDAP-owskim:
- Żydzi nie mają, nie są w stanie mieć poczucia honoru i godności. Przecież Żyd nie jest pełnym człowiekiem. Żydzi to podludzie. Mają inną krew, inne tkanki, inne kości, inne myśli niż my – Europejczycy, „Aryjczycy”, a szczególnie niż my – „nordycy”.”

Janusz Korczak, właściwie Henryk Goldszmit urodził się w 1878 lub 1879 roku, zmarł w 1942. był pedagogiem i lekarzem, publicystą i prozaikiem. Całe życie poświęcił dzieciom, jako wielki obrońca ich praw i twórca systemu wychowawczego opartego na pobudzaniu aktywności społecznej i podmiotowym traktowaniu dzieci. Założył Żydowski Dom Sierot w Warszawie i sierociniec Nasz Dom. Działał społecznie i naukowo, publikował prace pedagogiczne, m.in. „Jak kochać dzieci”, „Prawo dziecka do szacunku”) oraz utwory literackie o przesłaniu dydaktycznym, wśród których największą popularnością ciesz się powieść dla dzieci „Król Maciuś Pierwszy”.
„Pamiętnik” zaczął pisać w roku 1940, urywa się on 4 sierpnia 1942 roku. Dwa dni później, 6 września Janusza Korczaka wraz z całym personelem i dwustoma wychowankami Domu Sierot wyprowadzono z getta, a następnie wywieziono do hitlerowskiego obozu zagłady w Treblince, gdzie wszyscy zginęli.

„Podlewam kwiaty. Moja łysina w oknie – taki dobry cel.
Ma karabin. Dlaczego stoi i patrzy spokojnie?
Nie ma rozkazu.
A może był za cywila nauczycielem na wsi, może rejentem, zamiataczem ulic w Lipsku, kelnerem w Kolonii?
Co by zrobił, gdybym mu kiwnął głową? Przyjaźnie ręką pozdrowił?
Może on nie wie nawet, że jest tak, jak jest?
Mógł przyjechać wczoraj dopiero z daleka…”

„Maciek przyszedł do szkoły z dwoma bukietami. Zanim zaczęłam lekcję w mojej klasie, przybiegł cały w lansadach i wręczył mi trzy najsłodsze różyczki, jakie widziałam w życiu, każdą w innym kolorze – różową, czerwoną i złocistą.
- Doszedłem do samodzielnego wniosku, że panią też powinienem przeprosić – powiedział, przewracając oczami i usiłując wyglądać na skruszonego. – Bo naraziłem panią na stres. Ach, przy okazji bardzo dziękuję za gotowość udzielenia mi pierwszej pomocy.
- Maciuś, gdyby one nie były takie śliczne, dałabym ci w łeb tymi różyczkami…
- Ładne, prawda? Pani w kwiaciarni przysięgała, że będą się trzymać tydzień. A tamte kupiłem z przeceny, stały już trochę na wystawie, ale na jeden raz wystarczą…
- Maciek!
- Przepraszam, żartowałem – wycofał się, ale dam głowę, że jednak nie żartował. Wziął ze swoje ławki efektowny bukiet purpurowych róż w pełnym rozkwicie (jutro zwiędną, biedaczki, to widać) i poprosił o pozwolenie oddalenie się w kierunku pani wicedyrektor.
- Oddal się – wyraziłam zgodę – ale zaraz wracaj. Opowiesz nam, jak było.
Maciuś zamiótł wytwornym bukietem podłogę u moich stóp – to miał być dworny ukłon, ćwiczyliśmy takie przy okazji ballad i romansów – i wyszedł z klasy.
Zanim zdążyliśmy wgłębić się na dobre w skomplikowana psyche bohatera romantycznego, wrócił, bardzo z siebie zadowolony. Dałam spokój bohaterowi romantycznemu.
- Opowiadaj.
- Nie ma co opowiadać – powiedział skromnie Maciek. – Pozostawiłem panią wicedyrektor najwidoczniej zbudowaną moją postawą. Zachowałem się niegrzecznie, to fakt, ale to był prawdopodobnie wynik szoku, jak zleciałem z tej ławki, na którą wszedłem, żeby uchylić górną połowę okna, w końcu to nie moja wina, że te przedpotopowe wajchy stale się zacinają… A propos, bardzo bym panią prosił, żeby pani w razie czego potwierdziła moją wersję wydarzeń…
- Nie umrzesz własną śmiercią – mruknęłam. – Usiądź, dziecko, i włącz się do lekcji. I pamiętaj, że musicie zreperować tę ławkę.
- Najmocniej przepraszam, ale nie musimy. Pani wicedyrektor powiedziała, że poleci to do wykonania konserwatorowi. Przy okazji konserwator ma zrobić przegląd sprzętu w pracowni polonistycznej…
Nie wiem, jak on to zrobił, bo ja od początku roku usiłowałam wpłynąć na dyrekcję, żeby zmusiła konserwatora do wejrzenia w stan naszych mebli, rozlatujących się w oczach. Prawdopodobnie Maciuś dysponuje większym wdziękiem niż ja.”

„Przedzierał się przez gałęzie, które w mrocznej ciszy eksplodowały pod jego butami. Śledzili go? Byli blisko? Nie śmiał się obejrzeć. Nagle pośliznął się na błotnistym podłożu, zachwiał i zjechał z brzegu, wpadając po kolana w lodowatą wodę. W panice machał rękami i nogami, rozpryskująca się woda dudniła w jego uszach jak trzaski pioruna. Upadł na kolana, zapadając się w mule, aż wzburzona rzeka sięgnęła mu do brody. Prąd napierał gwałtownie, wściekle nim ciskał we wszystkie strony, jakby chciał na powrót pchnąć go tam, skąd właśnie uciekł.
Drętwiał od zimnej wody. Gdyby mógł choć swobodnie oddychać. Chwytał łapczywie powietrze, bolało go w piersiach i kłuło w boku. Oddychaj, rozkazał sobie, kiedy zaczął się dusić. Dostał czkawki, połknął wielki haust rzecznej wody, po czym krztusząc się i dławiąc, wypluł, ile tylko zdołał.
Nie widział już świateł. Pomyślał, że pewnie zdołał uciec wystarczająco daleko. Wytężał słuch, starając się wyłowić każdy dźwięk.
Nikt za nim nie biegł, nie szczekały psy, nie warczały silniki. A przecież ten facet z latarką był tuż-tuż. Czy to możliwe, że nie dostrzegł go, jak kulił się w trawie? Tak, nie ulega wątpliwości, że nikt go nie ścigał.
Nie powinien był tam zjawiać się tej nocy. To stało się głupim zwyczajem, niepotrzebnym ryzykiem, cudownym uzależnieniem, duchową erekcją. Pomimo zimnej wody zalał go palący jak lawa wstyd. Nie powinien był przychodzić. Ale w końcu nikt go nie widział. Nikt go nie śledził. Był bezpieczny. No i teraz nareszcie chłopiec jest bezpieczny.”

„(…)Według Platona u zarania dziejów istniały tylko istoty dwupłciowe, które w niczym nie przypominały dzisiejszych kobiet i mężczyzn. Jedna szyja podtrzymywała jedną głowę o dwóch twarzach, z których każda patrzyła w innym kierunku. Były niczym bracia syjamscy zrośnięci plecami. Miały dwa narządy płciowe, cztery nogi i cztery ręce.
Lecz pewnego dnia zazdrośni bogowie zdali sobie sprawę, ze czterorękie stworzenie jest zadziwiająco pracowite, że dwie pary oczy nieustannie czuwają i trudno podejść je podstępem, cztery nogi bez większego wysiłku mogą długo stać i daleko zajść. Ale najgorsze było to, że istota obdarzona zarówno męskim, jak i żeńskim narządem płciowym była samowystarczalna w rozmnażaniu. Wtedy Zeus, władca Olimpu, rzekł: „Mam pomysł, jak odebrać moc tym śmiertelnikom”. Cisnął piorun i rozpłatał owo stworzenie na pół. Tak narodzili się kobieta i mężczyzna. Wprawdzie liczba ludności na ziemi się podwoiła, ale jednocześnie ludzie poczuli się słabi i zagubieni. Odtąd musieli przemierzać świat w poszukiwaniu swojej utraconej połowy, w poszukiwaniu czułego uścisku, w którym mogliby odnaleźć dawną moc, umiejętność obrony przed podstępem, odporność na zmęczenie i wytrwałość w pracy. I ten uścisk, w którym dwa ciała zlewają się na powrót w jedno, nazywamy dziś seksem.
- Czy to jest prawdziwa historia?
- Tak twierdził Platon.”

„CHCIAŁABYM MIEĆ TAKĄ TAKSÓWKĘ – powiedziała Mamusia.
- Klientom trudno byłoby wsiadać – zauważył Murch.
- Nie chodzi mi o klientów – odparła.
Siedzieli we dwoje w ciepłej kabinie piaskarki przebijającej się pod górę krętą drogą Thurstead. Dortmunder, Kelp i Tyci przechodzili tymczasem niewyobrażalne męki, siedząc w otwartej skrzyni z tyłu, ale mieli przecież za tę wycieczkę zarobić mnóstwo pieniędzy.
Śnieg był gęsty i mokry, ale dla piaskarki nie miało to znaczenia. Poważną przeszkodą na takiej stromej drodze mógłby okazać się dla niej tylko lód.
Z początku jechali w ciemnościach, widząc wokół siebie tylko pokrytą śniegiem drogę i las, ale w pewnej chwili Mamusia dostrzegła jakąś bladą poświatę, jakby zamglone światło na poddaszu.
- To chyba to – powiedziała.
Murch wpatrywał się w drogę, żeby nie zjechać z niej w tak gęstym śniegu.
- Chyba co? – zapytał, kręcąc kierownicą i dodając co chwila gazu.
- Tam coś się świeci – powiedziała Mamusia. – Jakby jakieś duszki.
- To dobrze – oznajmił Murch. – Dobrze, że mają światło, bo będziemy im mogli powiedzieć, że je zobaczyliśmy.
Dortmunder, Kelp i Tyci niczego nie widzieli i niczego nie próbowali zobaczyć. Przywarli do kabiny piaskarki, ponieważ za jej osłoną wiatr był chyba o milę na godzinę słabszy, a śnieg zacinał z częstotliwością o siedem płatków na minutę mniejszą. Wzięli ze sobą koce z motelu, żeby owinąć w nie cenne łupy, ale teraz sami się nimi opatulili i wyglądali jak ośnieżone bele bielizny, których zapomniał wziąć kierowca pralni. Za każdym razem, gdy piaskarka podskakiwała, a podskakiwała cały czas, obijali się i siebie i metalową ściankę kabiny.
- Dortmunder – zaryczał Tyci przez koc. – Jak już będzie po wszystkim, to pogadamy o tym twoim planie.
Ale wiał taki wiatr, że Dortmunder go nie słyszał.”

„O świecie tego samego dnia, dwieście pięćdziesiąt kilometrów na zachód, porucznik policji Karim Abdouf kończył czytać książkę na temat wykorzystanie genetyki w sprawach o gwałt i morderstwo. Nad tym sześćsetstronicowym dziełem prześlęczał całą noc. Spojrzał na kwarcowy budzik, który właśnie zadzwonił. Była siódma rano.
Karim westchnął, rzucił książkę w kąt i poszedł do kuchni, żeby zrobić sobie mocną herbatę. Potem wrócił do salonu, który był zarazem jego jadalnią i salonem. Zapatrzył się w panujące za oknem ciemności. Z czołem opartym o szybę rozważał w myśli swoje szanse na prowadzenie badań genetycznych w tej zakazanej dziurze, dokąd go karnie przeniesiono, te szanse były zerowe.
Młody Arab przyglądał się latarniom ulicznym, których światło przebijało się jeszcze przez mrok nocy. W ustach poczuł smak goryczy. Gdy prowadził działalność przestępczą, zawsze udawało mu się uniknąć więzienia. I oto teraz, w wieku dwudziestu dziewięciu lat, kiedy został gliną, znalazł się w najbardziej parszywym więzieniu, jakie można sobie wyobrazić – w małej prowincjonalnej mieścinie, przytłaczającej nudą, położonej w kamienistej okolicy. Więzienie bez murów i krat. Więzienie psychiczne. Które go stopniowo zżerało.
Karim oddał się marzeniom. Widział już, jak wsadza do pudła seryjnych zabójców dzięki analizie DNA i specjalistycznym programom niczym na amerykańskich filmach. Wyobraził sobie, że stoi na czele ekipy badającej mapę genetyczną przestępców. Opierając się na badaniach i statystyce, specjaliści wyodrębnili coś w rodzaju przerwy lub uskoku na jakimś odcinku łańcucha chromosomów i uznali to pęknięcie za kluczowe w skłonnościach przestępczych. Poprzednio mówiono już o podwójnym chromosomie Y, który miał być charakterystyczny dla zabójców, lecz później ten ślad okazał się fałszywy. Według Karima istniał jednak jakiś inny „błąd ortograficzny” w zbiorze liter kodu genetycznego, o którym marzył, że go odkryje. Nagle mimo woli zadrżał.
Jeśli rzeczywiście taki „błąd” istniał, to również on sam nie jest od niego wolny.”

Akta Herry`ego Dresdena. Tom 3

„Jeden z wampirów roześmiał się aksamitnie, wchodząc w krąg przyćmionego światła. Nie był szczególnie wysoki. Niedbały, niebezpieczny wdzięk jego ruchów nie pasował do krystalicznie błękitnych oczu, starannie ułożonych blond włosów i białego stroju tenisowego.
- Bianca mówiła, że się zdenerwujesz – wymruczał.
Drugie z nich nadchodziło zza rogu. Dziewczyna równie niepozornego wzrostu i postury. Miała takie same błękitne oczy i nieskazitelnie złociste włosy. I biały strój do tenisa.
- Ale – wydyszała, szybkim kocim ruchem języka oblizując wargi – nie powiedziała, że będziesz pachnieć tak smakowicie.
Susan wygrzebała kluczyki i przywarła do mnie sztywna ze strachu.
- Harry?
- Nie patrz im w oczy – poinstruowałem ją. – I nie daj się polizać.
Rzuciła mi przenikliwe spojrzenie spod kruczych brwi.
- Polizać?
- Tak. Ich ślina to silny narkotyk. – Dotarliśmy do samochodu. – Wsiadaj.
Wampir mężczyzna otworzył usta, ukazując kły i roześmiał się.
- Spokojnie, magu. Nie przyszliśmy po twoją krew.
- Mów za siebie – rzuciła dziewczyna. Znów oblizała wargi i tym razem na jej długim różowym języku dały się dostrzec czarne plamy. Brr.
Mężczyzna uśmiechnął się i położył jej dłoń na ramieniu gestem na wpół czułym, na wpół powstrzymującym.
- Moja siostra nie jadła dziś wieczorem – wyjaśnił. – Jest na diecie.
- Wampiry na diecie? – wymamrotała Susan.
- Ano tak – odpowiedziałem szeptem. – Na krwi niskokalorycznej.
Susan zakrztusiła się. Spojrzałem na mężczyznę i powiedziałem głośno:
- Zatem kim jesteście? I dlaczego przychodzicie do mojego domu?
Grzecznie skłonił głowę.
- Nazywam się Kyle Hamilton. To moja siostra Kelly. Jesteśmy asystentami Madame Bianki i mamy do przekazanie wiadomość. Dokładnie mówiąc, zaproszenie.”


  • RSS