moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

„Ktoś zapukał i wszedł nie czekając na zaproszenie. Był to wysoki i chudy mężczyzna, młody jeszcze, o wąskich wargach i spiczastym nosie; gładko przyczesane siwiejące włosy nadawały mu wygląd bardzo dystyngowany. Mouret podniósł oczy na wchodzącego i nie przerywając roboty zapytał:
- Jak się spało, Bourdoncle?
- Dziękuję, bardzo dobrze – odpowiedział młody człowiek przechadzając się po pokoju, jakby był u siebie.
Bourdoncle był synem ubogiego gospodarza z okolic Limoges. Rozpoczął pracę w magazynie „Wszystko dla Pań” równocześnie z Mouretem, w okresie gdy magazyn zajmował tylko róg placu Gaillon. Inteligentny, bardzo energiczny, Bourdoncle mógł z łatwością prześcignąć kolegę, który był z natury mniej poważny, skłonny do wykrętów, bardzo roztargniony i stale zaplątany w niepokojące historyjki z kobietami. Bourdoncle nie miał jednak genialnych pomysłów, właściwych temu namiętnemu Prowansalczykowi, ani też jego odwagi i zwycięskiego wdzięku. Toteż wiedziony instynktem człowieka rozumnego, od razu bez walki uznał jego wyższość nad sobą i okazywał mu całkowitą uległość. Gdy Mouret poradził swym pracownikom ulokowanie pieniędzy w firmie, Bourdoncle uczynił to jako jeden z pierwszych, powierzając przyjacielowi nawet odziedziczony niespodziewanie spadek po ciotce. Przechodząc powoli wszystkie stopnie hierarchii kupieckiej, Bourdoncle został w końcu jednym z zastępców pryncypała, najbardziej lubianym i najchętniej słuchanym, jednym z sześciu najbliższych pracowników, którzy pomagali Mouretowi w zarządzaniu magazynem i stanowili coś w rodzaju rady ministrów w rządzie absolutnego władcy. Każdy z nich czuwał nad inną prowincją, Bourdoncle sprawował urząd generalnego nadzorcy.
- A ty – zapytał poufale – spałeś dobrze?
Kiedy Mouret odpowiedział, że nie kładł się wcale tej nocy, Bourdoncle pokiwał głową szepcąc:
- Rujnujesz zdrowie.
- Cóż znowu! – odpowiedział tamten wesoło. – Jestem mniej zmęczony niż ty, mój drogi. Masz oczy zapuchnięte od snu, a zbytek rozsądku czyni cię ociężałym. Baw się, to pobudza wyobraźnię.
Była to ich zwykła przyjacielska sprzeczka. Początkowo Bourdoncle bił swoje kochanki, gdyż – jak mówił – nie dawały my spać. Teraz chwalił się tym, że nienawidzi kobiet, choć miewał z pewnością romanse na mieście. Zajmowały one jednak tak mało miejsca w jego życiu, że nigdy nawet o nich nie wspominał. W magazynie naciągał klientki, a jednocześnie pogardzał nimi za to, że tak bezmyślnie trwoniły pieniądze na głupie fatałaszki. Mouret – przeciwnie – był w stosunku do kobiet miły, a nawet czarujący, udawał, że się każdą zachwyca. Stale miewał jakieś miłostki. Jego szaleństwa stanowiły doskonałą reklamę dla magazynu. Można by powiedzieć, że otacza tkliwością całą płeć piękną jedynie po to, aby tym łatwiej oszołamiać i ujarzmiać wszystkie kobiety.
- Widziałem tej nocy panią Desforges – podjął znowu. – Ślicznie wyglądała na balu.
- To z nią jadłeś potem kolację? – zapytał Bourdoncle.
Mouret zaprzeczył gwałtownie:
- Ależ skąd. To bardzo porządna kobieta, mój drogi. Jadłem kolację z Heloizą, tą małą z teatrzyku „Folies”. Jest głupia jak gęś, ale bardzo zabawna.
Wziął drugą paczkę weksli i podpisywał dalej: Bourdoncle wciąż spacerował drobnymi krokami. Podszedł do wielkich lustrzanych szyb okiennych i przez chwilę obserwował ulicę Neuve-Saint-Augustin. Następnie wrócił do biurka i powiedział:
- A wiesz, że one się zemszczą.
- Kto? – spytał Mouret zapominając już o poprzedniej rozmowie.
- Kobiety.
Wówczas Mouret poweselał jeszcze bardziej; zdradził tym, ile brutalności kryło się pod pozorem zmysłowego uwielbienia. Wzruszył ramionami, jakby oświadczając, że kiedy z pomocą kobiet zdobędzie majątek – odrzuci je wszystkie, tak jak się wyrzuca puste worki. Bourdoncle upierał się przy swoim i rzekł chłodno:
- One się zemszczą z pewnością… Znajdzie się jedna kobieta, która pomści wszystkie inne. To jest nieuniknione.
- Nie bój się! – zawołał Mouret przesadnie prowansalskim akcentem. – Jeszcze się taka nie urodziła, mój stary. A jeśli przyjdzie, to wiesz co się stanie…”

„Mówi babcia Stefania Trampowa

- Twoja matka, Iwonko, zawsze miała ciągoty do rzeczy wyższych, to znaczy do tych wszystkich hocków-klocków, którymi nikt normalny nie zawraca sobie głowy. No więc musisz wiedzieć, że przynajmniej raz w miesiącu woziła się z moim synem, biednym Sławciem do Warszawy. A to na jakąś zwariowaną wystawę obrazów, co to ręka, noga, mózg na ścianie, albo jakichś abstrakcji, które znaczyły według tytułu co innego, niż było widać gołym okiem. Zawsze przywozili albumy i Renia mi tłumaczyła, że cztery przekreślone trójkąty to porządek świata, a oczy kobiety po jednej stronie twarzy, jak u flądry, pokazują ruch. Nie powiem, jak mi to wyłuszczyła, to nawet nie było takie głupie, twoja matka była wykształcona i miała wielką wrażliwość na życie codzienne i sztukę. To masz po niej. Innym znów razem jechali na koncert muzyki konkretnej albo jazzowy, a już w teatrze byli obowiązkowo za każdym razem. Kiedy pytałam Mścisia, co dawali, bo sama widziałam dużo sztuk, nie potrafił powiedzieć, bo przeważnie zasypiał, jak tylko usiadł w miękkim fotelu. Był wtedy zapracowany jak koń w kieracie, bo zaczynał z niczego, a chciał się dorobić. Wiedziałam, że pasują do siebie jak pięść do nosa, ale w miłości to nie przeszkadza. Przecież ja z twoim dziadkiem nieboszczykiem byliśmy jak ogień z wodą, ale czterdzieści lat przeleciało jak z bicza strzelił i nigdy nawet nie pomyśleliśmy o rozwodzie. Co jakiś czas woda gasiła ogień i wszystko toczyło się dalej. Chociaż zdarzyło się, że chciałam go zabić.
Renia była w wysokiej ciąży, a więc na ostatnich nogach, kiedy to inne kobiety leżą tylko i myślą, niech wreszcie się to zacznie i skończy, bo mają powyżej uszu czekania, twoja matka wciąż jeszcze miała niezrozumiałe w jej stanie kaprysy. Zwykła baba ma chęć na śledzia albo na kiszoną kapustę, twoja matka wciąż miała apetyt na teatr. Mścisława uważała za prostaka i miała rację. Chciała go wychować, żeby w przyszłości mogli się dzielić wrażeniami, ale szło to opornie. Tego dnia przyjechał do naszej dziury, tak pogardliwie twoja matka nazywała rodzinne miasto swego narzeczonego, znany teatr z Krakowa. Mówiłam jej, żeby siedziała w domu, bo po oczach widziałam, że dziecko jest już gotowe do skoku w życie, ale ona nigdy mnie nie słuchała. Ubrała się jak królowa, lubiła się tak wystroić, a kiedy się z niej śmiałam, że powinna mieszkać w pałacu, odpowiadała, że nie na darmo nosi imię Regina. Włożyła kapelusz, jedwabne rękawiczki, elegancki paltocik i torebkę w tym samym kolorze. Jak dziś pamiętam, wszystko na sobie miała niebieskie. No i poszli jak w dym.
Czekałam z niepokojem, czułam, że coś się zdarzy, to ci mogę powiedzieć, bałam się, że może dojść do najgorszego. Twoja matka była czasami całkiem nieobliczalna. Nic dziwnego, że masz taki charakter. Po dwóch godzinach przylatuje rozdygotany Mścisław: przerwano spektakl, bo Regina zaczęła rodzić na widowni. Jak znam jej miłość do teatru, to dziwię się tylko, że nie wgramoliła się na scenę, w tamtych czasach była do wszystkiego zdolna. Teraz na szczęście się ustatkowała. Przeniesiono ją do garderoby, wezwano lekarza i w pół godziny było po wszystkim. Zawieźli ją z dzieckiem, to znaczy już z tobą, do szpitala. Był tam kapelan, który od razu chciał cię ochrzcić, bo z dzieckiem urodzonym w takich okolicznościach może być różnie. Zapytał natkę, nieprzytomną z emocji, jak masz mieć na imię, a ona zrozumiała, że pyta ją i sztukę, na jakiej była, i odpowiedziała: „Iwona księżniczka Burgunda”. Kapelan odpowiedział, że takiego długiego imienia nie może dziecku nadać, ale może być sama Iwona, bez dodatków, no to niech zostanie Iwona. Całe szczęście, ze był mądry ksiądz, bo byś była Iwoną księżniczką Burgunda. I tak zostało, chociaż miałaś po mnie mieć na imię Stefania – zakończyła opowieść babcia.”

Bett i Tate kilka lat temu rozwiedli się. Ich córka – Megan- nie najlepiej radzi sobie w tej sytuacji i zaczyna nadużywać alkoholu. Rodzice postanawiają wysłać ją na terapię do psychiatry. Jednak dziewczyna nie dociera do gabinetu lekarskiego – tak przynajmniej twierdzi lekarz. Gdzie w takim razie jest?
Zaniepokojeni rodzice zaczynają poszukiwania. Przyłącza się do nich dawny chłopak ich córki, ale on także znika bez śladu…

„Inspektor Rijkeveegeen z kolei nie miał najmniejszego pojęcia i zamiarach, potrzebach i ostatecznym celu poszukiwanego zabójcy. Owszem, zdawał sobie sprawę, ze jedynego naocznego świadka facet powinien się bać, ale naoczny świadek musiałby go zobaczyć. Tymczasem nieszczęsny naoczny świadek naoglądał się wizerunków rozmaitych gąb do diabła i trochę i nie rozpoznał nikogo, zatem doskonała nieuchwytność przestępcy zdecydowanie mogła zmniejszać jego obawy. Inspektorowi nawet w głowie nie zaświtało, bo niby dlaczego miałoby zaświtać, ze bez pozbycia się świadka przestępca w żaden sposób nie może wrócić do własnej, starannie przygotowanej postaci.
Ponadto nic nie wiedział o postaci, aczkolwiek jakiś podstępny kamuflaż wręcz walił po oczach. Przyjmował możliwość, że wśród wszystkich, bardziej czy mniej podejrzanych, sprawcy nie ma wcale, jest on jakąś tajemniczą istotą, kryjącą się w cieniu, nie znaną nikomu, ale było to mało prawdopodobne. Z pewnością istniał w pobliżu, pętał się wokół Neeltje i tylko po prostu odmiennie wyglądał.
Polskie gliny miały rację, charakteryzacją, maskami, tworzywem sztucznym, można osiągnąć istne cuda. Rijkeveegeen poświęcił się, chociaż raczej poświęcił nie tyle siebie, ile pieniądze, i od własnej żony zażądał przeistoczenia się w cokolwiek innego. Zważywszy, iż małżonka liczyła sobie trzydzieści osiem wiosen, wahał się, co powinna z siebie zrobić, nastolatkę czy staruszkę, aż w końcu wybór zostawił jej, czym istotę płci żeńskiej wprawił zgoła w euforię.
Po czym sam jej nie poznał.
Żona, mająca w sobie trochę francuskiej krwi, uznała, że spadła na nią jedyna okazja w życiu i zrobiła z tego wielkie halo. Do dyspozycji miała wszelkie branże i wszelkich fachowców, poświeciła zadaniu pełne dwie doby, uprzedziwszy przedtem męża, że w gospodarstwie zastąpi ją wynajęta pomoc, i oto wróciwszy wieczorem do domu, Rijkeveegeen na progu własnej kuchni ujrzał obcą mu osobę, starszą od jego matki o dobrą dychę, z silną nadwagą, z krogulczym nosem, pomarszczoną, z zaciśniętymi usteczkami, o wyrazie twarzy godnym złośliwej strzygi, bezrzęsą i dość nieruchawą. Osoba zdarła z niego płaszcz i powiesiła na wieszaku. Gosposia, rany boskie…! Jak jego żona mogła zaangażować cos podobnego…?!
Jednakże chciał być grzeczny, powiedział zatem „dobry wieczór” i spytał, czy jest pani. Strzyga kiwnęła siwym łbem, co zapewne miało oznaczać, ze owszem, pani jest. Rijkeveegeen ruszył dalej i obszedł całe mieszkanie w poszukiwaniu żony bez żadnego rezultatu, łazienki, sypialnie, jadalnia, gabinet, wszystko stało otworem, ale jego żony nigdzie nie było. W dodatku strzyga chodziła za nim krok w krok, przyglądając mu się natrętnie.
Inspektor wreszcie nie wytrzymał.
- Czy mógłbym dostać filiżankę kawy? – spytał uprzejmie, acz zimno, zatrzymując się w swoim gabinecie.
- Mógłbyś – odparła strzyga głosem jego żony. – Zaraz ci przyniosę. Naprawdę mnie nie poznałeś?
Rijkeveegeen o mało trupem nie padł i nie uwierzył ani głosowi, ani strzydze, ani sobie samemu. Widząc efekt osiągniętej przemiany, małżonka czym prędzej jęła zdzierać z siebie warstwy zewnętrzne, co przywróciło mężowi przytomność umysłu.
- Nie!!! – wrzasnął gorączkowo i chwycił ją za rękę. – Zdjęcie! Ja ci muszę zrobić zdjęcie!!!
Uwieczniwszy strzygę na wszelkie dostępne mu sposoby, z szalonym zainteresowaniem obserwował jej zdumiewająco szybki powrót do własnej postaci. Zaniepokojona jego reakcją, a zarazem mocno rozśmieszona, małżonka w błyskawicznym tempie pozbywała się foliowej maski z twarzy, siwej peruki z głowy, mazidła z rąk i olbrzymich płatów gumy piankowej z całej figury, dodających jej dobre sześćdziesiąt kilogramów. Zostało jeszcze trochę zwałów na nogach, odwijała je już wolniej.
- Każdy policjant w zasadzie jest uodporniony na wstrząsy – powiedział Rijkeveegeen, oddychając głęboko. – Ale przez cos takiego można umrzeć na serce. Gdzie dzieci? Widziały cię?
- Właśnie nie. Wolałam się im nie pokazywać. Załatwiłam, żeby przenocowały u babci…”

„Wsłuchiwałam się w odgłosy domu. Drapało mnie w nosie, tarłam oczy, żeby nie płakać.
Moje życie jest jak to łóżko, pomyślałam. Byle jakie. Niepewne. Niestałe.
Czekałam tylko, kiedy dom pofrunie w powietrze i poszybuje w bezkresne niebo.

Pomyślałam, że zostałam zluzowana.
Zabawne, jak pewne słowa i wyrażenia nabierają różnych znaczeń. Trzeba się strasznie bać, by zrozumieć „zimne poty”, albo odczuwać ogromny niepokój, żeby „ściśnięty żołądek” wydzielił cały sok, prawda?
Podobnie jest ze „zluzowaniem”. Wspaniałe określenie. Kto je wymyślił?
Zluzować cumy.
Zluzować swoją kobietę.
Wypłynąć na pełne morze, rozwinąć skrzydła jak albatros i pieprzyć się pod inną szerokością geograficzną.
Nie, naprawdę, lepiej nie można tego wyrazić…
Robię się zła, to dobry znak. Jeszcze parę tygodni, a naprawdę stanę się jędzowata.

Nic bardziej zwodniczego, jak pewność, że jest się mocno przycumowanym. Uwaga, to pułapka! Bierze się kredyty, podejmuje decyzje, zobowiązania, a potem także pewne ryzykowne przedsięwzięcia. Kupuje się domy, urządza różowe pokoje dla nowo narodzonych dzieci, a wszystkie noce spędza się w uścisku drugiej osoby. Zachwyca nas to… No, jak to się mówi? Aha, wzajemne porozumienie. No właśnie, tak się mówi, kiedy jest się szczęśliwym. I potem, kiedy jest się trochę mniej…

Pułapka jest sądzić, że ma się prawo do szczęścia.

Ale z nas głupcy. Na tyle naiwni, by wierzyć, że panujemy nad biegiem naszego życia.
A życie nam umyka, ale to nieważne… W końcu ono nie ma większego znaczenia…
Ideałem byłoby wiedzieć o tym wcześniej.
„Wcześniej”, to znaczy kiedy?
Wcześniej.
Na przykład przed pomalowaniem pokoi na różowo.
Pierre ma rację. Po co okazywać słabość?
Żeby dostawać pałką po głowie?

Moja babka często mawiała, że miłych mężczyzn zatrzymuje się dobrymi domowymi potrawami. Daleko mi do tego, babuniu, daleko. Po pierwsze, nie umiem gotować, a poza tym nigdy nie miałam zamiaru nikogo zatrzymywać.
No cóż, wnuczko, udało ci się!
Żeby to uczcić, nalewam sobie odrobinę koniaku.

Jedna łza i lulu.”

„15 sierpnia 1986 roku we wsi Kupaje, gdzieś w południowo-wschodnim Iranie, 3-letnia Soraja Manuczehri została przez sąd wiejski skazana za cudzołóstwo na śmierć i tegoż dnia stracona. Egzekucji dokonano przez ukamienowanie. Zakopano ją po piersi w ziemi; pierwsze kamienie rzucili jej ojciec, jakoby zdradzony przez nią małżonek i najstarsi synowie. Zgodnie z artykułem irańskiego kodeksu karnego, dotyczącym ukamienowania, rzucane w nią kamienie nie mogły być ani za duże ani za małe. W każdym razie śmierć nie nastąpiła już od pierwszych uderzeń kamieni. Trup straconej musiał być wydobyty przez kobiety i nie wolno było pogrzebać go na ziemi należącej do wspólnoty.
Mniej więcej dziewięć lat później księżna Diana, małżonka angielskiego następcy tronu, udziela zapowiadanego przez media w sensacyjnej formie wywiadu telewizyjnego, który na całym świecie przeżywają dziesiątki milionów ludzi zapatrzonych w telewizory. Przyciszonym głosem i na razie ze spuszczonymi skromnie oczyma księżna przyznaje się publicznie do cudzołóstwa. Skutki tego są powszechnie znane: w tymże roku królowa brytyjska poleca, żeby jej syn Charles – który już o rok wcześniej od żony przyznał się publicznie do skoku w bok – i jej synowa wystąpili o rozwód.
Tragiczna śmierć księżny Walii, do której doszło 31 sierpnia 1997 roku, nie złagodziła tego kontrastu, aż niewiarygodnego pod koniec XX stulecia, pomiędzy losami dwóch kobiet obwinionych o cudzołóstwo; raczej na odwrót! Lady Diana awansowała pośmiertnie do godności narodowej księżniczki, urosła do rangi mitu, czczona wręcz jako święta. Gdzie w tym kulcie miejsce na skazę publicznie wyznanego cudzołóstwa? Czyż Diana nie stała się przez to symbolem definitywnego obsunięcia się cudzołóstwa do kategorii moralnej błahostki, grzeszku kawalerskiego, dla którego pozostawało tylko wymyślić zręczne określenie wobec faktu, ze dopuściła się go dama, a nie kawaler?”

„Od samego początku Hitlerowi pomagały kobiety. W centrum dyskusji historycznej stali do tej pory – jako sprawcy i wykonawcy – przede wszystkim mężczyźni, natomiast kobieto przydzielano zazwyczaj bierną rolę: sympatyczek, które opłakiwały zabitych, a potem przyczyniły się do niemieckiego katharsis, odgruzowując zniszczone miasta. Jednak z wyjątkiem służby na froncie kobiety popierały często dyktatora w takiej samej mierze jak mężczyźni. Tak samo głosowały w wyborach, tak samo tolerowały przestępstwa, tak samo odwracały wzrok, a niekiedy nawet głośniej krzyczały „Heil”. Ale czasami znajdowały w sobie siłę, żeby oprzeć się zwodniczym wpływom. Dotyczyło to nie tylko „towarzyszki ludowej X”, lecz również wybitnych kobiet w hitlerowskiej Rzeszy. Oto sześć różnych postaw: od współdziałania, przez przyzwolenie, do oporu; od przyjaciółki Ewy Braun, której największe marzenie, by wyjść za Hitlera, spełniło się dopiero w obliczu śmierci; przez wasalkę Martę Goebbels, która bardziej słuchała Hitlera niż własnego męża; muzę Winifredę Wagner, która także po 1945 roku nie chciała dostrzec prawdziwej natury swoje idola, aż po mistrzynię propagandy Leni Riefenstahl, która jako prawie stulatka podsumowuje ruchliwe życie pełnie wielkich błędów i osiągnięć. Poza tym jest jeszcze śpiewaczka Zarah Leander, która przez całe życie spotykała się z zarzutem, że była oportunistką i odnosiła korzyści, pomagając tworzyć „bombowy nastrój”.
A Marlena Dietrich, przeciwniczka? Czy wolno wymieniać ją jednym tchem z „kobietami Hitlera”? Tak, gdyż stała się symbolem kobiet, które potrafiły uwolnić się od magicznego wpływu wodza. Mimo kuszących propozycji kontynuowania kariery w Niemczech oparła się zabiegom Hitlera – i zwalczała go swoimi sposobami.

Dlaczego te kobiety podążały za Hitlerem? Dlaczego ulegały fascynacji lub dawały się używać jako narzędzia? A dlaczego jedna z nich oparła się szaleństwu?”


  • RSS