moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

„…zdążyłam urodzić się przed wojną, 14 sierpnia, na rok przed drugą i przeraźliwą okupacją niemiecką, w Wilanowie, w lewym skrzydle pałacu, od strony ogrodowych tarasów, gdzie wielkiej dobroci i serca hrabiostwo Adam i Beata Braniccy, ostatni dziedzice Wilanowa, udostępnili apartament moim Rodzicom. Dlatego park od strony ogrodu, taras, gdzie siedzą dwa lwy, i pachnące, nagrzane słońcem bukszpany są kształtem i smakiem mojego dzieciństwa…”

„To nie ja wybrałam film – to film wybrał mnie.
Zaczęłam grać młodo. Wszyscy inni wokół mnie byli już dojrzałymi ludźmi. Najpierw reżyserzy dostrzegli we mnie dzielną panienkę z dworu, potem dumną bohaterkę „Zaduszek” Konwickiego. I tak powstał mój filmowy wizerunek.”

„Moja młodość to roztańczone lata sześćdziesiąte, lata kawiarni. Czas szybkiego dojrzewania. Epoka, w której – jak mówił Adam Pawlikowski – chodziło się, a nie jeździło. Miałam zamszowe czółenka z czerwoną podszewką i w tych pantofelkach przetańczyłam tamte lata.”

„Czym jest miłość w moim życiu? Przeszkodą, rozbiciem, rozproszeniem, rozkoszną niewygodą…
Jeśli mówimy o życiu, to miłość jest niewygodna. Jeśli mówimy o miłości, to życie jest niewygodne. Trzeba mistrza, żeby te dwie wzajemnie się wykluczające sprawy pogodzić.”

„Udział w filmie miał też swoje przykre konsekwencje. Na mojej cenzurze było aż jedenaście dwój, nawet z zachowania za nieobecność. Mama zdecydowała:
- Musisz zmienić szkołę, pójdziesz do gimnazjum sióstr niepokalanek. Ale ja z tobą nie pojadę, nie pokażę się z dzieckiem, które ma aż jedenaście dwój na cenzurze.
Pojechałam sama. No, może niezupełnie, bo swoim samochodem marki „Warszawa” zawiózł mnie znajomy Mamy, Anatol Potemkowski. Wzięłam miednicę i parę drobiazgów. Później się dowiedziałam, ze siostry spodziewały się rozkapryszonej pannicy z rudymi włosami i paznokciami pomalowanymi na czerwono.
Gimnazjum sióstr niepokalanek mieściło się w Szymanowie pod Sochaczewem, w pałacyku otoczonym pięknym parkiem.
Uprzednio umówiona telefonicznie z siostrą przełożoną, weszłam głównym wejściem. Siostra Alma (Sołtanówna) przyjęła mnie serdecznie, ale z dystansem. Zaskoczyłam są swym bladym wyglądem, a ponieważ bardzo się bałam, więc byłam jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Udawałam tak grzeczną, jak tylko umiałam.
- No więc, moje dziecko – zaczęła, przyglądając mi się badawczo – ile masz dwój?
Milczę. Myślę sobie: no przecież nie powiem, że mam jedenaście, nawet gdyby mnie wzięli na tortury.
- No ile? Jedną? – nie ustawała w dociekliwości siostra Alma.
Kręcę przecząco spuszczoną głową.
- Dwie?
Milczę.
- Trzy?
- Też nie – mówię cichutko.
- No to ile?
- Jedenaście – wreszcie wydukałam w desperacji.
- A, to w porządku. Myślałam, że masz dwie, za to solidne.”

„W „Spóźnionych przechodniach” po raz pierwszy w polskim kinie powojennym filmowano scenę ślubu kościelnego w prawdziwym kościele na Krakowskim Przedmieściu. Ja byłam panną młodą, Alą. Panem młodym, Wackiem, był Bogumił Kobiela. Wydrukowałam dla żartu zaproszenia: „Bogumił Maria Teodor Kobiela i Beata Maria Helena z Tyszkiewiczów mają zaszczyt zaprosić na swój ślub…”. Wysłałam moim i jego znajomym z datą, godziną i dokładnym adresem kościoła. Starałam się tak utrafić, by doszły w przeddzień uroczystości, nie dając zaskoczonym adresatom czasu na dociekanie, jak i kiedy wybuchła nasza miłość. Nie wiem czy to z ciekawości, czy z sympatii, ale stawili się prawie wszyscy zaproszeni. Dostałam mnóstwo kwiatów, telegramów. Składający życzenia pytali, czy zachowam swoje nazwisko, czy będę Beatą Kobiela, Kobielową czy może Kobieliną…? Kiedy wyszło na jaw, że to tylko scena do filmu, większości spodobał się nasz dowcip, ale znaleźli się i tacy, którzy nie poznali się na żarcie, a pewien krytyk filmowy zażądał nawet zwrotu pieniędzy wydanych na taksówkę i kwiaty. Wytoczył mi nawet sprawę w sądzie, ale też dla żartu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Bobek zapomniał uprzedzić o żarcie swoją ówczesną narzeczoną, a potem żonę, Małgosię. Była rozczarowana, nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Zanim wszystko się wyjaśniło, musiała, biedna, wysłuchiwać od znajomych poniżających pocieszeń.”

Betty Mahmoody, Amerykanka z Michigan to postać autentyczna. 3 sierpnia 1984 roku przyjeżdża wraz z córeczką i mężem Irańczykiem na dwutygodniowe wakacje do Teheranu. Po upływie tego terminu dowiaduje się, że jej mąż nie ma zamiaru wracać do USA. Nie ma także zamiaru pozwolić na powrót żonie i córce. Mąż staje się nagle fanatycznym Irańczykiem, który traktuje ją jak niewolnicę i swoją własność. Jest zewsząd otoczona ludźmi, którzy wręcz chorobliwie nienawidzą Amerykanów i na każdym kroku dają jej to odczuć. Jedynym dla niej wyjściem jest ucieczka wraz z córką z Iranu. Problemem jest realizacja tego planu. Nie ma do kogo zwrócić się o pomoc, gdyż w myśl irańskiego prawa należy do męża i to on decyduje o jej losie i życiu. Wie też, że jeśli wyjedzie sama, bez córki, to już nigdy jej nie zobaczy…

„Żywot artysty to teatr, w którym wszystkie role i dyspozycje zostały wyraźnie nakreślone. Na użytek sztuki i publiczności. Tworzyć – i grać rolę twórcy, oto „zadanie”, jakiem nie podołało wielu. Inni, jak na przykład Tycjan, radzili sobie z nim znakomicie. A żywot artysty i myśliciela, jakim był Leonardo da Vinci? Oto rola najbardziej zagadkowa na scenie historii. Oto człowiek stojący cały czas w głębokim cieniu, nawet kiedy wszystkim zdaje się, że doskonale go widzą.
Jego myśli podobne są do szyfrowanych zapisków. Jego sztuka jest ledwie cząstkę tego, co mógłby tworzyć, gdyby akceptował ową namiętność pracy, spalającą Michała Anioła. Swoimi studiami i malarstwem chce opisać filozofię natury. Malarstwo jest dlań i sztuką, i metodą poznania. Jeśli metodą – to czy możliwą do pogodzenia ze sztuką? Dlaczego malarstwo jest tylko częścią życia tego człowieka, poświęconego poznaniu świata. To jego cel. Stworzyć harmonijny obraz wiedzy i mądrości. Czuje się do tego powołany, on, „sprzymierzony z gwiazdą”, jak zapisze to sam.
W mrokach naznaczonej mu przez życie sceny porusza się ten zagadkowy człowiek, zapala tu i tam nikłe światła, w których ukazuje maski swojej twarzy, swojej osobowości… A w codzienności, w tłumie dworaków? Zawsze sam. Z wyboru. „Zło mi nie szkodzi, a dobro mi nie służy”. Całą siłą woli chce osiągnąć władzę nad samym sobą. Czy mu się to uda? Zobaczymy.
Urodził się w owej burzliwej epoce i, mniej więcej, w tym samym czasie, co Krzysztof Kolumb, ale gdyby sądzić wobec tego, co pozostało z jego pism, dramatyczne odsłony tego theatrum mało go interesowały: urodził się, by rozmyślać i tworzyć. Ale to tylko pozory. Niemniej już wtedy pozory, różne pozory, zacierały rysunek tego żywota, jego barwy roztapiały się w rozlicznych cieniach, nikły, rozwiewały się z upływem czasu. To nie był, niestety – niestety dla piszącego te słowa – żywot na pokaz, jak u Tycjana czy Rubensa na przykład. To samotność i dyskrecja raczej jak u Montaigne`a. Odtworzenie, badanie, opisanie owych dziwnych meandrów, to przede wszystkim śledzenie myśli tego człowieka. A i to, z jego winy, jest wyjątkowo trudne.
Tajemniczy jak Giorgione, lecz o ileż bardziej skomplikowany.”

„- Chodzi o tę kobietę – powiedział. – Chcemy wiedzieć, czy ty jest ona.
Minęła chwila, zanim Pułkownik zrozumiał, o co chodzi.
- Pewne osoby widziały ciało w siedzibie Powszechnej Konfederacji Pracy – poinformował kapitan marynarki, który palił cygara. – Mówią, że robi wielkie wrażenie. Minęły trzy lata, a wydaje się nietknięte. Nakazaliśmy wykonanie zdjęć rentgenowskich. Proszę spojrzeć, oto one. Ma wszystkie wnętrzności. Może to ciało jest oszustwem albo należy do innej kobiety? Jeszcze się tu kręci włoski rzeźbiarz, któremu zlecono projekt pomnika z sarkofagiem. Włoch wykonał woskowy odlew zwłok. Uważa się, że jest to doskonała kopia i nikt nie potrafi odróżnić jej od oryginału.
- Wynajęli balsamistę – dodał wiceprezydent. – Zapłacili mu sto tysięcy dolarów. Kraj leżał w ruinie, a oni trwonili pieniądze na ten śmieć.
Pułkownik zdołał tylko zapytać:
- Jakie są rozkazy? Biorę to na siebie, że zostaną wykonane.
- W każdej chwili może dojść do zamieszek w fabrykach – wyjaśnił otyły generał. – Wiemy, że przywódcy chcą wejść do budynku Konfederacji Pracy i zabrać stamtąd tę kobietę: chcą obnosić ją po różnych miastach. Umieszczą ją na dziobie wypełnionego kwiatami statku i popłyną z nią w dół rzeki Parana, żeby podburzyć miejscowości położone wzdłuż brzegu.
Pułkownik wyobraził sobie nieskończoną procesję i bicie w bębny nad rzeką. Ponure pochodnie. Bezmiar kwiatów.
Wiceprezydent wstał.
- Ta kobieta jest jeszcze bardziej niebezpieczna po śmierci niż za życia – powiedział. – Tyran wiedział o tym i dlatego zostawił ją tutaj, żeby nas wszystkich przyprawić o chorobę. We wszystkich dziurach pojawiają się jej zdjęcia. Ignoranci czczą ją jak świętą. Wierzą, że każdego dnia może zmartwychwstać i przeistoczyć Argentynę w dyktaturę żebraków.
- Ale jak, skoro to tylko trup? – zdołał zapytać Pułkownik.
Prezydent miał dość tych wszystkich halucynacji; chciał iść spać.
- Za każdym razem, kiedy w tym kraju mamy do czynienia z jakimś trupem, historia dostaje bzika. Niech się pan zajmie ta kobietą, pułkowniku.
- Nie zrozumiałem dobrze, panie generale. Co to znaczy: zająć się? W normalnych okolicznościach wiedziałbym, co robić. Ale ta kobieta już nie żyje.
Wiceprezydent poczęstował go lodowatym uśmiechem.
- Niech zniknie – powiedział. – Niech pan z nią skończy. Niech pan zrobi z niej zmarłą jak wszystkie inne.”

„W miarę jak zagłębiałem się w stosy papierów, znajdowałem coraz więcej wiadomości wskazujących na to, że zwłoki nie znoszą koczowniczego trybu życia. Zwłoki Evity, które przyjmowały z rezygnacją wszelkie okrucieństwa, buntowały się, kiedy przenoszono je z miejsca na miejsce. W listopadzie 1974 roku jej ciało zostało zabrane z grobu w Madrycie i przetransportowane do Buenos Aires. Podczas gdy wieziono je furgonem na lotnisko Barajas, dwaj policjanci pokłócili się o jakiś dług karciany. Kiedy furgon wjeżdżał w Avenida General Sanjurjo, naprzeciwko wieży ciśnień, zaczęli do siebie strzelać i pojazd pozbawiony kontroli uderzył w ogrodzenie Królewskiego Automobilklubu. Kabina zapaliła się i policjanci zginęli. Pomimo rozmiarów ziszczenia trumna Evity nie poniosła najmniejszego szwanku, nawet zadrapania.
Coś podobnego wydarzyło się w październiku 1976 roku, kiedy ciało było przewożone z prezydenckiej w Olivos na cmentarz La Recoleta. Evita jechała niebieskim ambulansem szpitala wojskowego w Buenos Aires pomiędzy dwoma żołnierzami uzbrojonymi w karabiny z założonymi bagnetami – Bóg raczy wiedzieć po co. Kierowca, sierżant o nazwisku Justo Fernandez, przejechał całą Avenida Libertador, gwiżdżąc La felicidad, ha ha ha ha. Tuż przed wjazdem na ulicę Tagle doznał zawału serca tak niespodziewanie, że jego towarzysz, myśląc, że „Fernandez nabawił się zadyszki od gwizdania”, włączył ręczny hamulec i zatrzymał ambulans, gdy ten już miał się wbić w mur następnego automobilklubu, tym razem w Buenos Aires. Evita wyszła bez uszczerbku, ale żołnierze z ochrony w momencie gwałtownego hamowania poprzebijali sobie bagnetami tętnice szyjne i leżeli poskręcani w kałuży krwi.
Dusze mają własną siłę ciążenia: nie lubią szybkości, świeżego powietrza, niepokojów. Kiedy ktoś tłucze szyby ich powolnego trybu życia, tracą orientację i wyzwalają w sobie zgubna siłę, której nie potrafią kontrolować. Dusze mają swoje przyzwyczajenia, sympatie, antypatie, chwile głodu i sytości, ochotę na sen, na samotność. Nie chcą, żeby wyrywano je z ich rutyny, gdyż choroba jest właśnie tym: rutyną, zdaniami, które wiążą się bez końca ze sobą, kotwicami, które utrzymują dusze w pobliżu rzeczy znajomych. Ale tak, jak nie cierpią być przenoszone z miejsca w miejsce, dusze pragną również, żeby ktoś o nich pisał. Chcą, by o nich opowiadano, by tatuowano je na skałach wieczności. Dusza, o której niczego nie napisano, czuje się tak, jakby nigdy nie istniała. Przeciwko przemijaniu – pismo. Przeciwko śmierci – opowiadanie.”

„Łagodna Anastazja – żona Iwana Groźnego i pierwsza caryca Rosji, była jedyną osobą, pod wpływem której osławiony tyran stawał się ludzki. Katarzyna, żona Piotra I, zręczną mediacją uchroniła cara przed wielką porażką dyplomatyczną. Ostatnia caryca, Aleksandra, pod nieobecność cara Mikołaja przejmowała obowiązki męża, nie uciekając przed represyjnym wymiarem samowładztwa. Głęboko zakorzeniony w historii Rosji wpływ kobiet na sprawy państwa obserwowaliśmy też w naszych czasach. Jaką rolę odegrała Raisa Gorbaczowa w rosyjskich przemianach? Jakimi metodami Tatiana, wpływowa córka Borysa Jelcyna, utrzymywała ojca przy władzy? Jaki wpływ na decyzje Władimira Putina wywiera dyskretna Ludmiła?”

„Zapiski anonimowej trzydziestoletniej Niemki, która zaczyna swój dziennik 20 kwietnia 1945 roku, w dniu ostatnich urodzin Hitlera, a kończy 22 czerwca 1945 roku, są przerażającym świadectwem tego, co działo się po wkroczeniu Rosjan do Berlina. Autorka relacjonuje swoje codzienne życie wśród ruin, przy braku wody i prądu, opisuje dni głodu i wszechobecnego strachu. Strachu przed zemstą zwycięzców i masowymi gwałtami na kobietach, dokonywanych przez żołnierzy radzieckich. O gehennie, przez którą przeszła, mówi śmiało, bez użalania się nad sobą, bez cienia nienawiści. Usiłuje odnaleźć sprawiedliwość w środowisku nieludzkich zdarzeń. „Żadna z ofiar nie może nosić swoich cierpień niczym cierniowej korony. Ja w każdym razie mam uczucie, że to, co mnie spotkało, wyrównało w pewien sposób rachunek”.”

„-Poszli już?
Kiwam głową, ale na wszelki wypadek wychodzę jeszcze raz do ciemnego korytarza. I już mnie mają. Czatowali tu obaj.
Krzyczę, krzyczę… Drzwi piwnicy zatrzaskuję się głucho za mną.
Jeden szarpie mnie za ręce. Drugi też mnie szarpie, ściskając przy tym za gardło, tak że nie mogę krzyczeć, nie chcę zresztą krzyczeć ze strachu, żeby mnie nie zadusił. Obaj rzucają się na mnie, leżę już na podłodze. W kieszeni żakietu coś zadźwięczało. To na pewno klucze od mieszkania, moje klucze. Leżę z głową na najniższym stopniu schodów do piwnicy, czuję na plecach chłód posadzki. Wyżej, w szparze drzwi, przez którą wpada trochę światła, stoi na straży jeden z mężczyzn, drugi zdziera ze mnie ubranie, przemocą szukając drogi.
Macam lewą ręką podłogę, wreszcie znajduję pęk kluczy. Chwytam go mocno palcami lewek ręki. Prawą ręką się bronię, nic nie pomaga, pas od pończoch zwyczajnie rozdarł. Kiedy półprzytomna próbuję wstać, drugi rzuca się na mnie, przyciska mnie pięściami i kolanami do podłogi. Teraz drugi łotr stoi i szepce: – Szybko, szybko…
Słyszę rosyjskie głowy. Robi się jasno. Drzwi się otwierają. Z ulicy wchodzą dwaj, nie, trzej Rosjanie, ale trzecia postać to kobieta w mundurze. Śmieją się. Drugi typ, któremu przeszkodzono, zerwał się. Obaj wychodzą wraz z innymi, zostawiają mnie na posadzce.
Wdrapałam się po schodach na górę, wygładziłam jako tako ubranie, podczołgałam się wzdłuż ściany do drzwi piwnicy. Były zamknięte od wewnątrz. Wołam:
- Otwórzcie, jestem sama, nikogo już nie ma!
Wreszcie odsuwają się obie żelazne zasuwki. Wszyscy mi się przyglądają. Dopiero teraz widzę jak wyglądam. Pończochy opuszczone na buty, włosy potargane, strzępki pasa do pończoch trzymam wciąż w ręku.
Krzyczę:
- Wy świnie! Zostałam dwa razy zgwałcona, a wy zamykacie drzwi i pozwalacie mi leżeć jak jakiemuś śmieciowi! – I odwracam się, chcąc wyjść. Za mną głucha cisza, potem się zaczyna. Wszyscy mówią, krzyczą jeden przez drugiego, kłócą się, wymachują rękami. Wreszcie decyzja: Pójdziemy wszyscy razem do komendanta i poprosimy o ochronę na noc.”

„Kim były pierwsze damy dyktatorów? Z jakich środowisk pochodziły? Jak wyglądało ich życie u boku jednowładców? Jakie wpływy posiadały? Jakie role odgrywały oficjalnie, a jakie za kulisami? Czy były dla potężnych przywódców tylko anonimowymi, apolitycznymi dodatkami, kobietami do określonych zadań, czy też wspólniczkami, które same wydawały wyroki śmierci?”

Jiang Qing: zwała się Niebieskie Jabłko i pochodziła z Szanghaju – najbardziej dekadenckiego i zepsutego miasta Dalekiego Wschodu. Już wcześniej, jako aktorka, uczyła się sztuki pozyskiwania tłumów. Gdy zdobyła względy Mao, miała 24 lata. Jako czwarta i ostatnia żona przywódcy rewolucji, o 21 lat młodsza od swego ideologicznego mentora, wywalczyła sobie znaczące miejsce na zdominowanym przez mężczyzn Olimpie rewolucyjnych władców.
Elena Ceausescu: była zastępcą Nicolae Ceausescu, którego dziś uznaje się za jednego z najbardziej okrutnych mężów stanu naszych czasów. Przez prawie ćwierćwiecze, do czasu swego upadku, odgrywała dominującą rolę u boku najbardziej znienawidzonego mężczyzny w Rumunii. Była włókniarka została numerem dwa w „dyktaturze wampirów”. Jej nazwisko symbolizowało chciwość, absurdalny kult jednostki i diaboliczny instynkt władzy.
Mirjana Marković: ma w żyłach partyzancką krew i uchodzi za trzymającego twardą linię ideologa i siłę napędową swego męża – Slobodana Milosevicia, który sprowokował cztery wojny.
Ale nie tylko w polityce, także w prywatnym domu Mirjana nosi spodnie.
Slobodan, jak podają znawcy spraw bałkańskich, był absolutnie posłuszny żonie. Gdy przychodzili goście, oddawał się w kuchni pod jej komendę. Później ów bohater wojenny musiał czyścić fotele. Żonę nazywał swoim „koteczkiem” lub „zajączkiem”.
Imelda Marcos: jej awans z pozycji królowej piękności do galerii najbardziej despotycznych i bezkompromisowych władczyń Azji rozpoczął jeden z najtrudniejszych rozdziałów najnowszej historii Filipin. Dla wielu obserwatorów była „Żelaznym Motylem”, cichą władczynią Manili. Małżonkowie Marcos zagarnęli prawdopodobnie jeden z największych skarbów na świecie – złoto o wadze 4000 ton. Tyle wynosi roczny budżet Szwajcarii.
Soraya i Farah Diba: obie „baśniowe cesarzowe” odegrały tragiczną rolę, aczkolwiek dla Mohammada Rezy Pahlawiego, dyktatora na pawim tronie, zdziałały więcej niż wszyscy perscy dyplomaci razem wzięci. Jako eleganckie „wizytówki” szacha stworzyły podwaliny pod jego początkowe sukcesy. Jednak orientalny władca potrzebował męskiego potomka. Gdy taki się nie pojawił, nie było dla Sorayi miejsca w cesarskim pałacu w Teheranie. Ale i Farah Diba, kobieta, która nastała po Sorayi, przeżyła koszmar zakończony samotnością na wygnaniu.
Elisabeth Toro: jako czarna księżniczka ozdabiała strony tytułowe międzynarodowych magazynów mody, następnie została zaangażowana przez Idi Amina do służby dyplomatycznej. „Rzeźnik z Ugandy”, który swych przeciwników politycznych wrzucał do Nilu na pożarcie krokodylom, mianował ją ministrem spraw zagranicznych. Odtąd podróżowała dla „Czarnego Hitlera” po świecie dyplomatów, aby poprawić jego międzynarodowy wizerunek. Dopiero później ta królewska córka uświadomiła sobie, ze władza Amina była naznaczona rasizmem i torturami, polowaniem na ludzi i kanibalizmem, wiarą w duchy i czarną magią. Wtedy popadła w niełaskę i musiała uciekać z Ugandy.
Natalia Fernandez: szukała przygód, marzyła o wielkim uczuciu i o rewolucjoniście. Fidel Castro odpowiadał dokładnie temu wizerunkowi. Żona lekarza szyła dla niego mundury, pisała jego wywrotowe rozkazy i oddawała mu do dyspozycji zakonspirowane mieszkanie. Comandante pisywał do niej cudowne listy miłosne. Gdy Fidel w triumfalnym pochodzie wszedł do Hawany, Naty wiwatowała wraz z tłumem na ulicy. Była z nią również ich wspólna córka Alina. Jednak Comandante nie chciał już więcej słyszeć o swojej rewolucyjnej pomocnicy. Jego miłosne przysięgi są do dziś legendą, a jednocześnie interesującym dokumentem historycznym amour fou w czasach rewolucji kubańskiej.
Clara Petacci: dla jednych była „porywającym aniołem”, dla innych „ladacznicą Duce”. Już jako nastolatka zachwycała się przywódcą faszystów Benito Mussolinim. W czasie, gdy jej siostra zbierała zdjęcia bohaterów filmowych, Clara dekorowała swój pokój fotografiami Duce. Pisała do niego wiersze, regularnie uczęszczała na zebrania jego partii. W 1932 roku została jego kochanką. Temu najbardziej znienawidzonemu i najpotężniejszemu mężczyźnie Włoch była oddana aż do śmierci.
Geli Raubal: była siostrzenicą Hitlera, aniołem i lolitą jednocześnie, służyła swojemu wujowi jako model do aktów. Nie chował jej, jak późniejszej żony Ewy Braun, za murem tajemniczości, lecz jeździł z Geli otwartym czarnym mercedesem na swawolne przyjęcia w lesie. Pokazywał się też z nią w ulubionych lokalach oraz na zebraniach partyjnych, gdzie w zasadzie wpuszczano tylko mężczyzn. W 1931 roku, w wieku 23 lat, Geli zastrzeliła się z pistoletu Hitlera w jego apartamencie.”

„Na rok przed śmiercią, w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym Raymond Chandler odbył krótki promocyjny objaz Ameryki w towarzystwie Phila Careya, aktora wybranego przez sieć NBC do roli Philipa Marlowe`a w telewizyjnym serialu. Przez cały czas tej podróży pisaż był pijany, jak zresztą niemal bez przerwy od roku pięćdziesiątego czwartego. „Można go było polubić – powiedział potem Carey – ale nie sposób było przebywać w jego pobliżu”.
Nie wszyscy jednak byli tego samego zdania. Helga Greene, agentka literacka, która po owym objeździe omal nie poślubiła Chandlera, mówiła o nim jako o człowieku, który „łączył w sobie naiwność z błyskotliwością” i był „najwspanialszym kompanem na świecie”.
W przeciągu całego swego życia był zresztą Raymond Chandler najróżniej określany: jako cynik i jako naiwniak; jako odludek i człowiek wielkoduszny; skłonny do depresji i jednocześnie romantyk; jako osobowość dumna i paranoiczna zarazem. Utrzymywały go w równowadze dwie rzeczy: stan nietrzeźwości, w którym często się znajdował, i Philip Marlowe. Choć bowiem próbował różnych rodzajów pisarstwa, to zawsze wracał do powieści detektywistycznej i do swojego ulubionego bohatera, aż w końcu definitywnie uznał, że „po prostu nie może bez niego funkcjonować”.
To przygody Philipa Marlowe`a przyniosły Chandlerowi sławę i zarazem uczyniły go człowiekiem bogatym; za życia autora, książki, w których występował Marlowe, były tłumaczone na ponad dwadzieścia języków i nakręcono na ich podstawie sześć filmów; po śmierci Chandlera powstały jeszcze cztery. Wszystkie te dzieła osnute były wokół postaci mocno nadużywającego alkoholu bohatera, który łączył w sobie wszystko, czym Chandler był i czym chciał być, i czego się równocześnie lękał. A miał mnóstwo sposobności, by analizować samego siebie, zanim jeszcze stworzył tę postać: pierwszą książkę napisał dopiero po ukończeniu pięćdziesięciu lat.”


  • RSS