moje-lektury blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

„Uciskany lud zawsze zasługuje na swój los – zauważył na początku XIX wieku markiz de Custine po powrocie z podróży do Rosji. – Tyranię sprawuje cały naród, nie pojedyńczy człowiek.”

Neron, Iwan Groźny, Hitler, Stalin, Saddam Husajn. – Kim byli? Kto ich stworzył?

Skąd biorą się tyrani? Co spowodowało, że dotarli na szczyty władzy? Kim był każdy z nich? Szaleńcem wyniesionym do władzy przez splot okoliczności, czy wielbionym geniuszem? Znoszonym z cierpliwością przez lud despotą, czy charyzmatycznym mężem opatrznościowym, którego popierały miliony?

„Właśnie szaleństwo przysłonięte pozorami zdrowia, ta skłonność do działania w ramach obiektywnej rzeczywistości przy jednoczesnym pielęgnowaniu upiornych obsesji, cechuje w mniejszym lub większym stopniu wszystkich tyranów. Kiedy Churchill podczas II wojny światowej nazwał Hitlera w rozmowie ze Stalinem szaleńcem, ten z posępnym wyrazem twarzy pokręcił przecząco głową i powiedział: „Gdyby naprawdę był wariatem, nigdy nie zaszedłby tak daleko”. Stalin wiedział to z własnego doświadczenia. Szaleństwo wynoszące takich ludzi do władzy łączy się z niemałą dozą sprytu, a nawet – niekiedy – geniuszu. Istnieje w nich jakaś równowaga między zdrowiem psychicznym a szaleństwem, która musi być zachowana, jeżeli tyran ma się utrzymać u władzy; jeśli coś ją naruszy, jego dni są policzone.”

Powieść oparta na faktach. W lutym 1900 roku grupka uczennic z pewnej pensji pod opieką nauczycielek udała się na piknik pod Wiszącą Skałę. Cztery dziewczęta wybrały się na przechadzkę po okolicy – wróciła tylko jedna, przerażona. Zaginęła też jedna z nauczycielek. Pomimo prowadzonych poszukiwań odnaleziono tylko jedną z zaginionych, która straciła pamięć i nie potafiła sobie przypomnieć wydarzeń z tamtego dnia. Ciał zaginionych nie odnaleziono nigdy.

„Wszyscy się zgadzali, że dzień jest wymarzony na piknik pod Wiszącą Skałą – roziskrzony letni ranek, ciepły i bezwietrzny, a za oknami na drzewach niesplika przez całe śniadanie dzwonienie cykad i brzęczenie pszczół nad bratkami okalającymi podjazd. Ciężkogłowe dalie płomieniły się omdlewająco na nieskazitelnych grządkach, strzyżone trawniki parowały w blasku wspinającego się na niebo słońca. Ogrodnik już zaczął podlewać hortensje, wciąż jeszcze skryte w cieniu kuchennego skrzydła na tyłach domu. Pensjonarki z Pensji Pani Appleyard dla Młodych Dam były na nogach i spoglądały w jasne bezchmurne niebo już od szóstej, a teraz fruwały w swoich świątecznych muślinach niby chmara podnieconych motyli. Była to bowiem nie tylko sobota i zbliżał się od dawna oczekiwany piknik, ale i dzień świętego Walentego, tradycyjnie czczony w czternastym dniu lutego wymianą wyszukanych kart i życzeń. Wszystkie te karty, szalenie romantyczne i ściśle anonimowe, uchodziły za milczące hołdy cierpiących z miłości wielbicieli, aczkolwiek pan Whitehead, podeszły wiekiem ogrodnik angielski, oraz Tom, irlandzki stajenny, byli jedynymi mężczyznami, do jakich dziewczęta mogły się choćby uśmiechnąć w okresie nauki.
Przełożona była zapewne jedyną osobą na pensji, która nie otrzymała żadnej karty. Dobrze wiedziano, że pani Appleyard nie pochwala świętego Walentego i jego śmiesznych kart z życzeniami, zaśmiecających półki nad kominkami aż do Wielkanocy i przysparzających pracy pokojówkom. I to jakie półki! Dwie białe marmurowe w długim salonie, podparte parami kariatyd o biustach twardych jak sama przełożona, inne z rzeźbionego i giętego drewna, ozdobione tysiącem mrugających, połyskujących lustereczek. Pensja pani Appleyard była już wtedy, w roku tysiąc dziewięćsetnym, anachronizmem architektonicznym w australijskim buszu – beznadziejnym dziwolągiem. Niezgrabne piętrowe dworzyszcze należało do tych wymyślnych budowli, które po odkryciu złota wyrosły jak egzotyczne grzyby w całej Australii. Nikt się nigdy nie dowie, czemu właśnie ten kawałek ziemi w rzadko porosłej drzewami okolicy, o kilka mil od wsi Macedon, przycupniętej u podnóża góry, został obrany na miejsce budowy. Nikły strumyk, który meandruje zboczem tworząc liczne płytkie rozlewiska na tyłach dziesięcioakrowej posesji, stanowi zbyt małą zachętę jako oprawa dla dworu w stylu włoskim. Nie mógł nią być również prześwitujący gdzieniegdzie przez zasłonę eukaliptusów o włóknistej korze mglisty szczyt góry Macedon na wschodzie, po przeciwnej stronie gościńca. Jednakże dwór został wzniesiony, i to z kamienia, aby się oprzeć zębowi czasu. Pierwotny właściciel, którego imię dawno zostało zapomniane, mieszkał w nim zaledwie rok czy dwa, po czym ogromny brzydki dom opustoszał i został wystawiony na sprzedaż.
Rozległe tereny, a na nich ogrody warzywne i kwiatowe, chlewnie, kurniki, sad i korty tenisowe utrzymywane były we wzorowym porządku dzięki panu Whiteheadowi, angielskiemu ogrodnikowi. W pięknej kamiennej wozowni stało kilka powozów w idealnym stanie. Szkaradne wiktoriańskie wyposażenie domu było jak nowe, z marmurowymi półkami nad kominkami, sprowadzonymi prosto z Włoch, oraz grubymi puszystymi dywanami z Axminsteru. Lampy naftowe na cedrowych schodach były podtrzymywane rękami klasycznych posągów, w długim salonie stał fortepian, a nad dachem górowała kwadratowa wieża, do której wiodły okrągłe schody, gdzie wywieszało się flagę w dzień urodzin królowej Wiktorii. Na pani Appleyard, posiadającej znaczne oszczędności oraz listy polecające od kilku wybitnych rodzin australijskich, ów dwór usytuowany w sporej odległości od gościńca do Bendigo, za niskim kamiennym murem, od razu wywarł wrażenie. Brązowe niczym kamyki oczy, zawsze wypatrujące zyskownego interesu, oceniły owo zdumiewające miejsce jako idealne na ekskluzywną i odpowiednio kosztowną szkołę z internatem – a raczej pensję – dla młodych dam. Ku ogromnemu zachwytowi pośrednika handlu nieruchomościami, który oprowadzał ją po domu, z miejsca kupiła całą posiadłość, włącznie z usługami ogrodnika, ze zniżką za opłacenie gotówką, i wprowadziła się.
Czy przełożona Pensji Appleyard (jak ów miejscowy biały słoń został natychmiast przemianowany złotymi literami na pięknej tabliczce u wielkiej żelaznej bramy) miała jakiekolwiek doświadczenie na polu edukacji, nigdy nie zostało ustalone. Nie było potrzeby. Z siwiejącymi włosami ułożonymi a la Pompadour i obfitym łonem w równie sztywnych ryzach jak jej prywatne ambicje, z kameą przedstawiającą zmarłego męża, zawieszoną na szacownej piersi, ta pełna godności nowo przybyła wyglądała w oczach rodziców dokładnie tak, jak winna wyglądać angielska przełożona pensji. Ponieważ zaś właściwy wygląd jest, jak wiadomo, połową wygranej we wszelkich przedsięwzięciach, począwszy od całkiem błahych, a na rozpisaniu na giełdzie londyńskiej pożyczki skończywszy, pensja pani Appleyard była od pierwszego dnia swego istnienia sukcesem, z końcem zaś pierwszego roku przynosiła zadowalające zyski. Wszystko to wydarzyło się blisko sześć lat przed rozpoczęciem niniejszej kroniki wydarzeń.”

Maja Plisiecka – tancerka, primabalerina słynnego teatru Bolszoj w Moskwie. W biografii ukazuje swą długą i niełatwą drogę do sławy. Ukazuje nie tylko olśniewający blask sukcesów, ale i kulisy świata teatralnego – intrygi, zawiść, strach, podejrzliwość oraz głupotę „urzędników od kultury”. Musiała włożyć bardzo dużo upory w walkę z systemem sowieckiej władzy, by zaprezentować światu swój talent. Pomimo przeciwności losu, systemu i urzędników udało jej się współpracować z takimi mistrzami choreografii, jak Bejart i Roland Petit. Z upływem lat sama poświęciła się nauczaniu najzdolniejszych adeptów baletu.

„…I oto jeszcze jedno moje „Jezioro łabędzie”. W czasie niełaski!
Teatr pęka w szwach. Przez dziurkę w kurtynie, zanim zgasły światła na widowni, widzę kipiący kocioł ludzi. Upajający przedspektaklowy gwar rozmów, brzęczenie tysięcy trzmieli. Wstępne pasaże strojącej instrumenty orkiestry. Boczne loże wyglądają jak obrośnięte gronami winorośli. Tyle twarzy. W przejściach górnych pięter człowiek przy człowieku jak monety w nabitej portmonetce. Na paterze mnóstwo znajomych twarz. Przyszła cała Moskwa. Solidaryzują się ze mną. Chcą mnie podtrzymać na duchu. Stałam się czymś w rodzaju dysydentki. Jedną z najważniejszych.
Ktoś leciutko bębni mi po plecach. Asystent reżysera, Sasza Sokołow.
- Patrz, tam w pierwszym rzędzie, na prawo od środka – Sierow z żoną.
Przyglądam się bezbarwnej, wszawej twarzy kastrata o białawych, rzadkich włoskach, uczesanych z przedziałkiem. Błyskawiczne, przerażające skojarzenie: jaki on podobny do stalinowskiego komisarza do spraw śmierci, Jeżowa ( przed XXVII Zjazdem jego zdjęcia codziennie publikowano w prasie). Czy to profesja oprawców, czy natura czyni ich tak podobnymi?
Większego sukcesu w „Jeziorze łabędzim” nie odniosłam przez całe moje życie. Może tylko w dalekiej Argentynie zdarzyło się później coś podobnego. Ale bez politycznego zabarwienia. Tamtejsza publiczność jest królewsko hojna, jeśli chodzi o owacje…
Już na samym początku, na moje wejście – po skoku, kiedy zastygłam w pierwszej łabędziej pozie, w czwartej pozycji (stop-klatka) – sala wybuchła ekstatycznymi powitalnymi oklaskami. Poprzez tę kaskadę przebijały się skandowane okrzyki: „…a-a-wo, avi-i-i-issi-mo”. I jeszcze coś na „a” i na „o”.
Najwyższy czas zrobić glissade, bo zaraz drętwieją mi nogi. Ale oklaski są tak grzmiące, ze nie słychać muzyki. No i mam ochotę dokuczyć władzom. Niech Sierow z małżonką szykują woreczki żółciowe. Ścierwa!…
Na dobrą minutę, a może dwie (minuta bezruchu na scenie to cała wieczność) – zastygam, nie poruszam nawet palcem. Oklaski i okrzyki – to rozumiem! – jeszcze się wzmagają. Wreszcie poruszam się, podnoszę. Spektakl zaczyna się toczyć…
Po adagio wychodziłam się kłaniać sześć razy. Po wariacji – cztery. I dalej przez cały balet podobnie ( przytaczam te liczby z dziennika). Wcale się nie zmęczyłam, nie uroniłam ani kropelki potu, bo do woli wypoczywałam w czasie ukłonów, wyrównywałam oddech. A co się działo na koniec aktów i po ostatnim opadnięciu kurtyny – tego się nie da opisać. Szkwał. Sztorm. Wybuch Wezuwiusza.
Stało się to, czego się obawiały władze. De-mon-stra-cja!
Później przyjaciele opowiadali mi, że w każdej loży byli muskularni funkcjonariusze, którzy chwytali za ręce zbyt żywiołowo klaszczących widzów i odciągali ich od balustrady. A tych, co krzyczeli na całe gardło, w ogóle wywlekali z foyer. Ci się opierali, chwytali się nóg innych widzów oraz wszelkich wystających przedmiotów, wierzgali, drapali. Słowem, awantura. Przy trzecim akcie „wichrzycieli” zostawiono w spokoju – i bez tego było dosyć roboty. Tylko bileterzy ze złotymi galonami GABT łzawo i żałośnie prosili publiczność, by „nie zakłócała przebiegu przedstawienia, lecz wyrażała swe emocje w sposób zdyscyplinowany”, dopiero wtedy, kiedy kurtyna z wyszytymi datami wszystkich wielkich rewolucji, słowami: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” i linijką nut stalinowskiego hymnu „Niezłomny jest związek republik swobodnych” – opadnie.”

„…Zatrzymuję taksówkę na rogu place de l`opera i rue de la Paix. Podaję kierowcy – starszemu, trzymającemu się po wojskowemu prosto mężczyźnie – karteczkę z adresem na drugim brzegu Sekwany. Przez całą długą drogę – a trafiamy na istne piekło – milczymy. Dojeżdżamy na miejsce. Wyciągam z torebki zmięte, jak u wszystkich kobiet świata, pieniądze. I nagle słyszę w najczystszym, klasycznie akcentowanym rosyjskim:
- Nie przyjmę od pani pieniędzy, madame Plisiecka. Niech to będzie zamiast bukietu.
Paryż mnie poznaje…”

Rozmowy z dziećmi przywódców III Rzeszy.

„Jak można się z tym uporać? Jakie to może spowodować cierpienia? Czy syn lub córka takiego człowieka jest także ofiarą? Rzec by można, że dzieci nazistów balansują na cienkiej linie między losem sprawcy zbrodni a losem ofiary, sprawcy o tyle, że muszą się jakoś odnieść do tego, co zrobił ojciec…”

W roku 1959 Norbert Lebert przeprowadził cykl wywiadów z młodymi jeszcze dziećmi czołowych nazistów III Rzeszy. W 40 lat później jego syn – Stephan Lebert – rozmawiał z tymi samymi, dziś już starymi ludźmi.

Syn Hessa i córka Himlera czczą pamięć swych ojców i ich ideologię. Niklas Frank napisał o ojcu oskarżycielską rozprawę, a Martin Bormann został katolickim misjonarzem.

„Są to niezwykłe historie rodzinne. One ukazują, jak więzy familijne decyduja o losach ludzi. Kiedy siedziałem naprzeciw Niklasa Franka, syna Hansa Franka, generalnego gubernatora Polski, przychodziły mi na myśl tragedie Szekspira. Jeśli ci, co stworzyli piekło w Oświęcimiu, byli diabłami to Hans Frank był szefem tych diabłów. Mój ojciec poznał Niklasa Franka jako krytycznego młodego człowieka, który próbował stanąć twarzą w twarz ze straszliwą prawdą o swojej rodzinie. W czterdzieści lat później w hamburskiej pizzeri Niklas Frank opowiada mi o przekleństwie nazwiska Frank. O marnym końcu jego rodzeństwa. O swojej nienawiści połączonej z rozpaczą. „Nienawidzę mojego ojca także dlatego – mówi – że wciąż na nowo odkrywam go w sobie.” Śmieje się, kiedy wypowiada to zdanie, pogodnym, zaraźliwym śmiechem. Ale ten śmiech jest nie na miejscu: jego dwuznaczność wzmaga grozę. A może właśnie jest na miejscu? Niklas Frank mówi: „Jedyne co pozostaje w życiu, to groteska.”.

Brak komentarzy

„Ludzie przestają myśleć, gdy przestają czytać.”

Denis Diderot


  • RSS