moje-lektury blog

Twój nowy blog

„– Tatatatata! Tatatataata! – Karabiny maszynowe na skrzydłach myśliwskiego samolotu zaterkotały wściekle i do talerza Michaliny Hart posypał się deszcz pocisków. Ściślej mówiąc, obfity deszcz pieprzu i soli.
Pieprzniczka i solniczka (w tym przypadku groźna broń) spoczywały w pewnych dłoniach Jasia Narębskiego, w cywilu dyrektora poważnej państwowej firmy o dużym znaczeniu dla gospodarki kraju, chwilowo pełniącego obowiązki pilota samolotu i jednocześnie strzelca pokładowego. Właściwie nie spoczywały, bo odkąd Jasio został myśliwcem, to jest od jakichś dziesięciu minut, nie dawał sobie ani chwili luzu. Kursował między stolikami i obfi cie ostrzeliwał kolejne cele, niezależnie czy były to porcje pikantnych sałatek, czy solidne kawały tortu orzechowego. Ponieważ o tej porze w sali gimnastycznej, zamienionej na bankietową, nie było już ani jednego trzeźwego, nikt Jasiowi specjalnie nie przeszkadzał, tylko właściciele tortu starali się usunąć talerzyki spod ostrzału solniczkowego. Pieprz w nazbyt słodkim kremie był nawet interesującym dodatkiem.
– Jasiek, zwariowałeś kompletnie! – Agnieszka Borowska, śmiejąc się, zamachała gwałtownie rękami. – Nie syp mi tego świństwa do oczu!
– Opp, przepraszam! Cele cywilne są dla nas święte!
– Jasio cmoknął ją w czubek głowy i hojnie sypnął soli do jej sałatki śledziowej. – Tatatata! Tylko wojskowe! Tatata! Jestem messerschmittem. Bombardującym! – zawiadomił koleżanki, posunął serią gdzie popadnie i wziął kurs na północny zachód, na stolik pod przeciwległym oknem, zajęty przez dawne ciało profesorskie i zarządy klasowe.

Cały ten nalot miał miejsce na powtórce ze studniówki, zorganizowanej przez cztery dawne klasy maturalne jednego ze szczecińskich liceów w dwudziestolecie tej pierwszej i zasadniczej.
Studniówka główna odbyła się w roku 1986 czyli „w stanie powojennym”, jak go nazywał szkolny historyk i była raczej ponura.
Dziewiętnaście lat później dawna gospodyni klasy „c”, Agnieszka Borowska, demon organizacji, a obecnie dyrektorka nowiutkiego prywatnego liceum spotkała przypadkowo w centrum zakupowym Krzysztofa Łosia, gospodarza klasy „a” – oboje bardzo ucieszeni, poszli na kawę i na tej kawie synchronicznie wpadli na pomysł zorganizowania ripleja ponurej studniówki. Zastanawiali się przez chwilę nad balem maturalnym, ale doszli do wniosku, że studniówka lepsza, bo w karnawale.
No i tym razem absolutnie nie ma prawa być smętna.
Co najmniej równie dobrą zabawą jak przewidywane balety, stały się comiesięczne posiedzenia komitetu organizacyjnego, w którego skład Agnieszka i Krzysztof powołali czołówkę intelektualno- -rozrywkową swojego rocznika. W rezultacie powstał plan balu, na który wstęp przysługiwał wyłącznie dawnym abiturientom, bez żadnych współmałżonków i innych osób postronnych, plus, oczywiście, wybranym osobom spośród ciała profesorskiego. Namiętne dyskusje wzbudził wybór miejsca balu: komitet podzielił się na zwolenników wypasionej knajpy (ostatecznie maturzyści dorośli i też się trochę wypaśli) oraz entuzjastów klimatycznej potańcówki w sali gimnastycznej z prowiantem przygotowanym przez troskliwe mamy.
Zwyciężył kompromis – prawdopodobnie z powodu braku entuzjazmu troskliwych mam co do przygotowania furażu. Posta- nowiono wykorzystać salę gimnastyczną – dla klimatu udekorowaną w stylu lat minionych, z portretem towarzysza Pierwszego Sekretarza włącznie – oraz zamówić profesjonalny catering. Klimat miała stworzyć Marylka Wąsik, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i ceniona scenografka teatralna. Szeroko pojętą wyżerkę wraz z wytworną zastawą i kelnerami obiecał załatwić Mirek Lipko, dyrektor orbisowskiego hotelu.
Oboje sprawili się znakomicie, podobnie jak cała reszta komitetu, odpowiedzialna za odnalezienie wszystkich absolwentów i ulubionych nauczycieli, pozbieranie pieniędzy i tak dalej.”

„W roku 1914, gdy miałam osiem lat, przyłapano mnie na podglądaniu mego ojca, księcia Su, gdy uprawiał miłość z czternastoletnią dziewczynką. Miała lśniące niczym gliceryna oczy i cudowne usta, kształtem i kolorem nieprzypominające łuku, lecz ćwiartkę krwistej pomarańczy w odcieniu soczystej, głębokiej czerwieni.
Zza ażurowego przepierzenia obserwowałam, jak zdejmował jej jedwabne pantofelki, a potem, nim wypił herbatę, zanurzył w czarce maleńkie stópki dziewczynki. Całkiem naga siedziała bez ruchu na miękkim pufie. Nie miała nawet grzebienia w długich, połyskujących niczym liście wawrzynu włosach. Ojciec, bez reszty pochłonięty miłosnym rytuałem, wsunął słodki migdał między palce jej stóp, po czym, przytknąwszy wargi, niespiesznie zjadł orzeszek z takim smakiem, jakby nigdy nie kosztował nic równie smakowitego. Dziewczynka pozostała milcząca nawet wtedy, gdy dosiadł jej i szczytował wśród jęków rozkoszy. Skończywszy, odsunął się od niej, wtedy z przesadnie imitowanym westchnieniem rozkoszy szepnęła mu coś do ucha, na co uśmiechnął się z dumną miną. Po krótkiej chwili podniosła się, napełniła miskę ciepłą, perfumowaną wodą i delikatnie obmyła ojcu wewnętrzną stronę ud. Potem wsunęła stopy w nadające się dla lalki pantofelki i nie zapinając sukienki, wybiegła z pokoju.
Ściśnięte bucikami i bandażami zaropiałe stopy dziewczynki zapewne wydawały cuchnącą woń. Jednakże nie miało to znaczenia, bo zmiażdżono je w kształt lotosu, aby, jak głosiła legenda, jej pan mógł rozkoszować się nimi, „smakować złocisty lotos, równocześnie wprowadzając swą nefrytową włócznię w jej nefrytowe wrota aż do momentu chmur i deszczu”. Liczyła się tylko rozkosz pana i władcy.
Nie było mi pisane poznanie tego rytuału, tej namiętności wzbudzanej widokiem dziecięcych stóp. Kobiety mandżurskie nie mają w zwyczaju krępowania stóp. Byłyśmy szczęściarami. W tamtych czasach w Chinach życie niewiast zależało od kaprysów mężczyzny, ich pana i władcy. Skrępowane stopy nie pozwalały im na zbytnie oddalanie się, przytrzymywały je niczym kaczki w domowym stawie. My, Mandżurki, na naszych wielkich stopach przynajmniej mogłyśmy uciec.
Byłam mandżurską księżniczką o imieniu Klejnot Wschodu, czternastą córką księcia Su, jednego z ośmiu Książąt Żelaznego Hełmu na dawnym cesarskim dworze Pekinu. Tak jak mój ojciec w prostej linii pochodzę od Nurhachiego, założyciela dynastii mandżurskiej, i jestem daleką kuzynką Pu-Yi, cesarza-chłopca. Jednak mimo tego pokrewieństwa jako kobieta niewiele znaczę dla mandżurskich mężczyzn, nie zasługuję na uwagę. Wszakże swymi czynami zmusiłam ich do nieustannego myślenia o mnie. Zawsze uważałam się za nie gorszą od mych braci, a ich złościło, że się przed nimi nie płaszczę.”

„Jedno z najwcześniejszych wspomnień Johna Nasha pochodzi z okresu, gdy miał dwa lub trzy lata. Zapamiętał, jak babcia po kądzieli grała na fortepianie we frontowym salonie starego domu przy Tazewell Street, położonego na owianym wiatrem wysokim wzgórzu górującym nad miastem Bluefield w Zachodniej Wirginii.

To w tym salonie jego rodzice wzięli ślub w sobotę 6 września 1924 roku, o ósmej rano. Podczas ceremonii odegrano protestancki hymn, wokół stały kosze kwiatów – niebieskich hortensji, czarnookich irysów oraz białych i złotych margerytek. Trzydziestodwuletni pan młody był wysoki, poważny i przystojny. Panna młoda, cztery lata od niego młodsza, była smukłą, ciemnooką pięknością w obcisłej brązowej sukni z atłasu, podkreślającej szczupłą talię i zgrabne plecy. Wybrała ciemny kolor zapewne z uwagi na niedawną śmierć ojca. Miała bukiet z takich samych staromodnych kwiatów, jakie stały w pokoju; te same kwiaty wplotła również w gęste, kasztanowe włosy. Wyglądała bardzo efektownie. Wibrujące odcienie brązu i złota, przy których kobieta o jaśniejszej, typowej dla południa karnacji wyglądałaby blado, podkreślały bogactwo koloru jej włosów. Sprawiała wrażenie istoty uderzająco pięknej i wyrafinowanej.

Ceremonia, prowadzona przez pastorów z kościoła episkopalnego i kościoła metodystów, była prosta i krótka; obecnych było tylko około dziesięciu osób, członków rodziny i starych przyjaciół. O jedenastej małżonkowie stali już przy ozdobnej, kutej z żelaza bramie ich białego domu z lat dziewięćdziesiątych XIX wieku i żegnali się ze wszystkimi. Następnie, według relacji, która ukazała się kilka tygodni później w biuletynie Appalachian Power Company, wsiedli do błyszczącego, nowego samochodu Dodge pana młodego i wyruszyli na “długą wycieczkę” przez północne stany.
Romantyczny styl ślubu i oryginalny miesiąc miodowy wskazują na pewne cechy małżonków, obydwojga już nie pierwszej młodości, które wyróżniały ich spośród społeczności małego, amerykańskiego miasta.

Według swojej córki, Marthy Nash Legg, John Forbes Nash senior był “pod każdym względem bardzo akuratnym, pedantycznym, bardzo poważnym i bardzo konserwatywnym człowiekiem“. Gdyby nie miał sprawnego, badawczego umysłu, stałby się pewnie tępym nudziarzem. Pochodził z Teksasu, ze środowiska wiejskich nauczycieli i farmerów, pobożnych i oszczędnych purytanów i szkockich baptystów, którzy przenieśli się na zachód z Nowej Anglii i głębokiego Południa.5 Urodził się w 1892 roku na plantacji dziadków ze strony matki, nad brzegami rzeki Red w północnym Teksasie. Był najstarszym z trojga dzieci Marthy Smith i Alexandra Quincy Nasha. Pierwsze lata życia spędził w Sherman w Teksasie, gdzie jego dziadkowie po mieczu, oboje nauczyciele, założyli Sherman Institute (później Mary Nash College for Women), skromną, ale postępową szkołę, w której córki teksaskiej klasy średniej uczyły się właściwego zachowania, doceniania ćwiczeń fizycznych, a także odrobiny poezji i botaniki. Jego matka była uczennicą, a później nauczycielką w college’u, dopóki nie wyszła za mąż za syna założycieli. Po śmierci dziadków rodzice Johna seniora prowadzili szkołę, ale epidemia ospy zmusiła ich do zamknięcia jej na zawsze.”

„Następnego dnia – markiz właśnie uczył go niezbędnych póz, gestów i tanecznych kroków przed czekającym go występem towarzyskim – Grenouille udał, że robi mu się słabo, że poraziła go nagła niemoc, i osunął się na sofę.
Markiz wyszedł z siebie. Krzyknął na służbę, kazał przynieść wachlarze i przenośne wentylatory, a podczas gdy lokaje rozbiegli się spełnić jego rozkazy, przyklęknął przy Grenouille’u, wachlował go pachnącą fiołkami chusteczką i zaklinał, wprost błagał, by Grenouille zechciał, na miłość Boską, podnieść się, na miłość Boską nie oddawać teraz ducha, tylko zaczekać z tym, jeśli łaska, do pojutrza, gdyż w przeciwnym razie byt teorii fluidu letalnego jest poważnie zagrożony.
Grenouille rzucał się i wił, charkał, stękał, rękami oganiał się od chusteczki, wreszcie w nader dramatyczny sposób zsunął się z kanapki i poczołgał w najbardziej odległy kąt pokoju.
- Tylko nie to pachnidło! – wychrypiał jak gdyby ostatkiem sił. – Tylko nie to pachnidło! To mnie zabije!
I dopiero gdy Taillade-Espinasse wyrzucił chustkę przez okno, a surdut, również woniejący fiołkami, do drugiego pokoju, Grenouille wytłumił ostre objawy ataku i stopniowo uspokajającym się głosem wyjawił, iż jako perfumiarz zawodowo ma wrażliwe powonienie i zawsze, a już zwłaszcza teraz, w okresie rekonwalescencji, reaguje gwałtownie na niektóre zapachy. Okoliczność, że działa na niego tak silnie woń fiołków, skądinąd sympatycznych kwiatków, może wytłumaczyć sobie tylko w ten sposób, że perfumy markiza zawierają sporą dozę ekstraktu korzenia fiołkowego, który z racji swego podziemnego pochodzenia ma fatalny wpływ na kogoś, kto jak Grenouille dotknięty został niszczącym działaniem fluidu letalnego. Już wczoraj, gdy po raz pierwszy zaaplikowano mu to pachnidło, czuł się nieswojo, a dziś, gdy znowu poczuł zapach korzeni, miał wrażenie, iż ponownie wtrącono go do owego straszliwego lochu, gdzie dusił się przez długie siedem lat. Przed taką perspektywą wzdraga się zaś cała jego natura, inaczej nie może się wyrazić, gdyż skoro sztuka pana markiza przywróciła go do ludzkiego życia w wolnej od fluidu atmosferze, wolałby z miejsca umrzeć niż raz jeszcze narazić się na działanie nienawistnego fluidu. Jeszcze teraz kuli się wewnętrznie na samą myśl o korzennym pachnidle. Ufa jednak, że polepszy mu się natychmiast, jeśli tylko pan markiz zezwoli mu zaprojektować własne pachnidło, celem kompletnego wygnania zapachu fiołków. Myślałby tu o jakiejś bardzo lekkiej, powiewnej kompozycji, składającej się głównie z odległoziemnych ingrediencji w rodzaju olejku migdałowego i pomarańczowego, eukaliptusa, ekstraktu szpilek jodłowych i cyprysu. Jedno pryśniecie takimi perfumami na ubranie, kilka kropli na szyję i policzki, a będzie raz na zawsze zabezpieczony przed powtórzeniem się przykrego ataku, któremu przed chwilą był uległ…”

„19 listopada 1988

Nadal jestem na lotnisku, ale się przeniosłem. Słyszę, jak otwierają się drzwi windy i prędko się chowam. Ukrywam się w jednym z korytarzy na dziesiątym piętrze hotelu. Gdyby ktoś wyszedł z jednej z trzech wind, które zjeżdżają na dół do hallu i poszedł korytarzem, który biegnie na wprost, znalazłby mnie. Tuż za pokojem 1035, przy końcu korytarza, jest nisza okienna, która wystaje z bocznej ściany hotelu. Jak się w niej stoi, ani ludzie z korytarza, ani z wind, kiedy otwierają się drzwi, nie widzą, że ktoś tam jest.
Dalej jest już tylko jeden pokój, więc bardzo niewiele osób tędy przechodzi, oprócz mężczyzny z pokoju 1036. A jeśli mężczyzna z pokoju 1036 przechodzi obok, to można wstać i wyglądać przez okno i udawać, że się patrzy na lądujący samolot, żeby nie nabrał podejrzeń, że się mieszka w nocy na korytarzu. Nisza okienna na dziesiątym piętrze to dobra kryjówka. Śpię tu już cztery noce. Za dnia dalej siedzę na Terminalu 1, ale nie powinienem tam nocować, więc jak robi się ciemno, wychodzę i wsiadam do autobusu.
Bezpłatne autobusy zabierają pasażerów z różnych terminali lotniska w wiele miejsc. Autobus nr 2 odjeżdża sprzed Terminalu 1 (naprzeciw wejścia nr 16 do hali odlotów) i jeździ na dworzec, skąd kolejka RER odjeżdża do Paryża. Przy stacji stoją trzy bardzo wysokie hotele. Przed tym najbliżej stacji są maszty, na których wiszą flagi różnych krajów z całego świata. Co noc przez ostatnie cztery noce wychodziłem z Terminalu 1 i łapałem autobus nr 2 do tego hotelu.
Przez pierwsze dwa wieczory, kiedy przyjeżdżałem do hotelu, schodziłem do podziemi, gdzie mają bar i restaurację. Siadałem przy stoliku, paliłem papierosa i zamawiałem kawę, żebym mógł spokojnie sobie posiedzieć. W barze pełno było ludzi czekających na swój lot z samego rana. W większości Francuzów, ale było też kilku Niemców, kilku Brytyjczyków i Amerykanie. Telewizor w rogu nastawiony był na francuski program publicystyczny, ludzie siedzieli w studio i rozmawiali o całunie turyńskim, czy jest prawdziwy, czy podrobiony i czyją twarz tak naprawdę przedstawia.
Barman dał mi zapałki, żebym mógł przypalać papierosa i siedziałem w barze aż do późna – zamykają dopiero o 2.00 w nocy. Ale sprzątali już i ustawiali krzesła na stołach, więc musiałem pójść. Poszedłem do recepcji, żeby poprosić o pokój. Miałem mało pieniędzy, ale kobieta z recepcji wcale ich ode mnie nie chciała.
– Przykro mi, nie mamy żadnych pokoi – powiedziała, kręcąc głową. – Proszę spróbować gdzie indziej.
Wydawało się, że bardzo chce pozbyć się mnie z hotelu i popatrzyła na jednego z mężczyzn pracujących w recepcji.
– Nie dostanę tu pokoju?
– Nie.”

„Żona Romana Cisa, pani dobrze po sześćdziesiątce, ale wciąż dbająca o wygląd, była osobą elegancką i uprzejmą. Koniecznie chciała zaprosić Adama na herbatę i ciasto, mimo że męża nie było w domu, bo przesiadywał, jak co piątek, w klubie Magnum na piwku, grając w brydża i przyglądając się bilardzistom. Kniewicz odmówił, najuprzejmiej jak potrafił, i kiedy tylko wyrwał się z objęć starszej pani, usiłującej powiadomić go o swoim niezwykle pozytywnym osądzie stylu prezentowanego przez pokolenie młodych dziennikarzy, takich jak on, pomknął na Rakowiecką, gdzie mieścił się wspomniany klub. Ucieczka nie była prosta, pani Cisowa bowiem, przedstawiając swoje racje, trzymała kurczowo Adama za ramiona tak długo i mocno, że zaczęły drętwieć. Wylewne podziękowania dały pewien efekt i w końcu Adam uwolnił swoje ręce, zbiegł po schodach, wsiadł do samochodu i pojechał pod wskazany adres.

Magnum, znany klub bilardowy, mieszczący się w okolicach budynków MSW, kiedyś niemal codziennie goszczący czołówkę polskich bilardzistów i brydżystów, ostatnimi czasy jakby podupadał. Stara, ale stała klientela powolutku się wykruszała i bilardziści poodchodzili do innych klubów. Zniknął nawet słynny polityczny kącik dyskusyjny pod przewodnictwem zezowatej Zochy. Zocha była dziennikarką, robiącą karierę w gazecie, którą ówcześni czytelnicy nazywali „Życiem z kropką”. Wraz z upadkiem powyższego „Życia”, podupadła również kariera zezowatej Zochy, no i zniknął jej kącik wiecznie kłócących się okularników. Sama okularów nigdy nie nosiła, choć miała zeza rozbieżnego i właściwie nigdy nie było wiadomo, w którą stronę patrzy. Twardo trzymała się konserwatywnie prawicowych poglądów, za całe zło świata oskarżając komunistów i masonów, działających wszędzie, w ukryciu, i zawsze knujących zło. Jak więc łatwo było się domyślić, jej głos słychać było w całym klubie często i wyraźnie.

Słowem, kiedyś klub Magnum cały wrzał. Dzisiaj, gdy Adam Kniewicz pojawił się w zdezelowanych drzwiach, przy kilku bruswickach stali amatorzy bilardu, raczej średnio orientujący się w tajnikach zawodowej gry. Przy pięciu, może sześciu, tak zwanych stolikach konsumpcyjnych przypadkowi ludzie pili piwo lub colę. Panowała nudna cisza, z rzadka przerywana stukiem bil lub przyciszoną rozmową. Adam szybko rozpoznał siedzącego w rogu, łysego jak kolano starszego pana w marynarce w kratę, dokładnie opisanego przez niezapomnianą panią Cisową. Rozmawiał cicho z jakimś jegomościem w podobnym jak on wieku, ale klął przy tym jak szewc. Kniewicz znał świetnie zwyczaje z Woronicza i raczej nie spodziewał się skautowskiego języka, ale starszy pan zaskoczył nawet jego. Rozmówca odszedł po chwili od stolika, więc Adam mógł, nikomu nie wadząc, podejść i się przywitać.

- Przepraszam, czy pan Roman Cis? – zagadnął. Starszy pan wolno odwrócił głowę.
- Tak, czego pan sobie życzy, młody człowieku?
- Nazywam się Adam Kniewicz, pracuję na Woronicza…
- Aaa, teraz poznaję pana. Poranna rozmowa z politykiem?
- Tak – uśmiechnął się Adam.
- Na ekranie wydaje się pan niższy, tak bywa. Co się stało, panie Adamie? – Cis uśmiechnął się szeroko.
- Czy mogę panu zająć kilka minut?
- Za pół godziny jestem umówiony na brydża.
- Na pewno zdążymy.
- A więc zapraszam – starszy pan wskazał miejsce po drugiej stronie stolika.
Adam usiadł i rozejrzał się dookoła.
- Ładnie tu – zauważył.
- Eee tam… – machnął ręką Cis. – Kiedyś to było ładnie. Tutaj przychodził Mikke, przy stołach grali Gastman, Meyer i Mucha.
- Takie miał nazwisko?
- Nie. Tak go tu nazywali. Dobry bilardzista. Grał kiedyś z Ortmanem i Bustamantem. Gastman i Meyer też. -Zna pan te nazwiska?
- Obawiam się, że nie – przyznał Adam.
- Fajne młode chłopaki. Ja też kiedyś grałem, ale chujowo.
- Z pewnością lepiej ode mnie – zapewnił Kniewicz. – Chciałbym pana o coś zapytać, jeśli można.
- Można, wal pan.
- Czy to pan w osiemdziesiątym trzecim roku robił materiał w Skierniewicach, o tajemniczej śmierci młodego żołnierza? „

„W progu, dokładnie na wprost Seneki, wykwitła triumfująca Laura, a za nią stanęła kolejna (tym razem średnia) pszennowłosa latorośl męczącej rodziny Schoppe.
Ignacy Borejko sam się zdziwił swoją reakcją – ale oto ryknął, jakby mu ktoś wbił spiżową klingę w brzuch. Widok zadowolonego z siebie blondyna o naiwnych oczkach, ubranego w maturalny garnitur i niedoskonale wyprasowaną koszulę, uczesanego na mokro i w dodatku dzierżącego oburącz ostentacyjny bukiet z kokardą, był sam w sobie niemiły, przede wszystkim z powodu niejasnego, lecz niewątpliwego podobieństwa Wolfganga do brata; a w dodatku nasuwał najgorsze podejrzenia.
Jak najsłuszniej zresztą.
Zaskakując go kompletnie, beztroski brat Fryderyka przybliżył się dwoma śmiałymi krokami, machnął bukietem, przełożył go do lewej ręki, po czym ujął prawą dłoń dziadka i bez uprzedzenia wycisnął na niej długi, mokry pocałunek.
Ignacy Borejko wrzasnął, wyrwał mu rękę i odruchowo wytarł ją w połę marynarki. Tymczasem niezrażony niczym chłystek pochylił się nisko i objął jego kolana, co bardzo przestraszyło dziadka i skłoniło go do gwałtownego uskoku w tył. Niestety! w tyle, za nim, nie było już nic prócz wielkiego filodendrona; ten, strącony raptownie z taboretu, gruchnął o ziemię z ciężkim, głuchym łoskotem rozbitej donicy.
Dziadkowi mignęła myśl, że Mila go za to udusi, lecz nie zdążył nawet bardzo się zmartwić, bo Wolfgang Amadeusz Schoppe właśnie się oświadczał.”

„Zresztą wiele mówi o nim jego poddasze w dwupiętrowym domu na Mokotowie. Ciepłe, drewniane, ze starą maszyną do pisania, z olbrzmią szafą z segregatorami pełnymi wycinków podręcznego archiwum… I książki, książki, książki (bo nim zabierze się do pisania czegokolwiek, najpierw stara się przeczytać wszystko, co niezbędne). I kilka stron dziennie, co najwyżej, bo pisanie to ciężka praca, no i musi to mieć swoją wysoką jakość. A nim usiądzie nad pierwszą kartką papieru, lubi położyć się na podłodze: myśli nad pierwszym zdaniem i w ogóle…
Pisze bardzo powoli. Ale też zawsze będzie narzekał, że ma za mało czasu. Wyliczał, ile lat przeżył jego ojciec i ile pewnie on przeżyje, a zatem – ile książek ma szansę w tym czasie napisać. Powtarzał, ze jeśli nie pisze, to ma wrażenie, że marnuje życie i czas. ( A jednak co rusz znajduje dla kogoś czas…).
Więc pisze bardzo powoli. Czasami cały dzień układa jedno zdanie, jak mówi, przypłaca je krwią, ale stawia je na kartce od razu czyste, bez jakiegokolwiek skreślenia. Są dziennikarze, którzy piszą bardzo szybko, ale bardzo długo poprawiają. Wyrzucają, co napiszą, biorą czystą kartkę i przepisują od nowa. Żeby znaleźć właściwy rytm.
Dla Kapuścińskiego rytm jest szalenie ważny. Tyle że ustala rytm, zanim zacznie pisać.”

„Ta mała Mary, ośmioletnia, delikatna i dosyć drobna jak na swój wiek, nie tyle zadowolona z tego, co odkryła wokół siebie, ile tym zaintrygowana, czasami jednak unosiła się na skrzydłach szalonej radości. Ale to zdarzało się tylko wtedy, gdy była sama w ciszy, w której słyszała co najwyżej szelest liści przemiatanych wiatrem albo raptowny ptasi trel. Wtedy podnosiła ręce i machała nimi jak skrzydłami. Wydawała słaby okrzyk jak gdyby pod zbyt wielkim naporem ograniczających ją uczuć.
W ten chłodny poranek na początku maja nic szczególnie jej nie cieszyło. Dmuchał północny wiatr. Aż trząsły się wszystkie rośliny w ogrodzie. Niektóre urosły już do sześciu cali, ale na klonach dopiero się ukazywały pąki liści.
- Boże! – wykrzyknął Renny Whiteoak zastając Mary w pracowni. – Zimno tutaj, jakby wiało dobroczynnością! Dlaczego ty się ukrywasz?
Ujął ją za lodowate małe ręce i chciał rozgrzać, ale uśmiechnęła się zagadkowo i powiedziała:
- Mnie nie zimno.
Jej ręce ginęły w jego nawykłych do panowania nad końmi, umięśnionych dłoniach.
- Kłopot z kobietami – powiedział – polega na tym, ze wy zawsze ubieracie się za skapo. Tobie wystarcza ten kłusy łaszek?”

„Alina odwróciła się od lustra.
- Czy dobrze wyglądam? – spytała Renny`ego z dziwnym uśmieszkiem, jakby sama ganiła zainteresowanie własnym wyglądem w takiej chwili. – Nie, żeby miał na mnie patrzeć – dodała.
Renny cofnął się o krok, by lepiej jej się przyjrzeć. Dawniej smuciło go, gdy jej piękne, długie, bardzo jasne włosy, w ciągu paru lat, stały się srebrzyste. Przez jakiś czas unikał patrzenia na nie, jak gdyby to ja zeszpeciło. Aż któregoś dnia nagle stanęła przed nim z krótko obciętymi włosami. Spojrzał na nią oburzony. Jak śmiała obciąć swoje piękne loki nie radząc się jego? Potem spojrzał jeszcze raz i zachwycił się jej nowym czarującym wizerunkiem. Spodobało mu się uczesanie i choć brwi jeszcze wyrażały oburzenie, uśmiechnął się do niej z aprobatą.
Teraz powiedział:
- Oczywiście, będzie na ciebie patrzył. Mężczyzna zwykle przypatruje się przyszłej teściowej.
Wzruszyła ramionami gestem zniecierpliwienia.
- Jeszcze nie przesądzaj tego związku. Wszystko może się rozpłynąć przed upływem tygodnia.
- Nie sądzę, znając Adelinę.
- Renny, jak możesz znać ją lepiej, niż ona sama zna siebie? Adelina pielęgnuje myśl, ze jest ponownym wcieleniem twojej babki – kobiety, która kochała tylko jeden raz. Pomyśl jednak, jaka jest młoda. Ma dwadzieścia lat.
- Czy znałaby siebie lepiej mając dwadzieścia pięć?
- Oczywiście.
- A ty?”


  • RSS